Wystąpiły ułatwienia. Zamiast polemiki

Drukuj

Pawle,

odpowiadając na Twój felieton (http://ha.art.pl/projekty/felietony/4499-wystapily-komplikacje-w-odpowiedzi-rafalowi-gawinowi.html), będący również odpowiedzią, proponuję krzywe zwierciadło:

Znamy się nie od dziś i wiemy, że łączy nas podobna, bezgraniczna miłość do dobrze napisanej poezji. Jeśli miałbym wymienić jej cechy, musiałbym zaczekać na ciebie – wrodzone lenistwo pozwoliłby mi liczyć, że bez wstępnych ustaleń wskażesz je za mnie i w moim imieniu, tak że będę się mógł pod nimi podpisać całym ciałem i brakiem duszy. Wszak poezja jest jednak sztuką rzeczy żywych i do konkretu, nawet w silnie osadzonych w niczym abstrakcjach, się odnosi, łasi i mizdrzy.

Powiesz: jaja sobie robię, a ja zwyczajnie pytam o drogę i czy tą drogą jest wysłany w przestrzeń bez nazwy list, czy tego typu zażyłości i spoufalenia nie zgnębią zasadniczych tez mojego monotematycznego tekstu o tym, jak krytycznoliteracki everyman wolał chwalić niż ganić, gdyż za to mu płacili i tego wymagali od niego kochankowie i koledzy po fachu.

Jeśli przejdziemy do sedna, okaże się, że winni są wszyscy, nawet ci, którzy z racji specyficznej formy egzystowania na tym świecie pozbawieni są podmiotowości, tylko nie sami adresaci (mojego kazania). A więc zaatakujmy warunki, zaatakujmy edukację, historię literatury i filozofię literatury; ułammy z tego drzewa życia jeszcze kilka gałęzi, dopełnionych literaturą, którą odmieniamy przez wszystkie przypadki oprócz tych wartościujących, od korzeni, po uschnięte pnie. Niech kamień sam się na siebie podnosi i w siebie rzuca, kiedy Bogu i Diabłu ducha winny krytyk wypierdolił się o niego i został klasycystą, wróć, stracił energię potrzebną do negatywnych rozpoznań twórczości rodzimych przedstawicieli literackiego półświatka. Na domiar złego wcześniej nie douczyła go szkoła – Lalkę, nawet w czasach przed rozczłonkowaniem rzeczywistości, czytał we fragmentach, a Pana Tadeusza bez zrozumienia obowiązującego wtedy kanonu braku kiczu. Nie douczyły uniwersytety, bo trafił na niespełnionych gryzipiórków, realizujących swoje tandetne fantazje literackie z adeptkami kursów creative writing. Wreszcie sam nie miał szans na nadrobienie zaległości w byciu w świecie – prądy literackie docierały do niego z opóźnieniem, za jakie odpowiedzialny może być tylko Józef Stalin. A gdy już dotarły, okazało się, że w cywilizowanym świecie (literackim) dominują już kontrprądy, ba, ich rozbudowane post-wariacje. Że nagle wszystko się pomieszało i skrzywdzony przez los polski krytyk musi się tułać po rozdrożach i wykopywać resztki fundamentów z ziem niczyich.

Toteż fundamentalne pytanie brzmi: Jak żyć w tym poplątaniu? A idąc po nitkach do kłębków: Które węzły są mocne? Które supły mają przypominać o czymś istotnym? Problem, jak słusznie zauważyłeś, jest złozony i nie dotyczy li tylko negatywów. Obecna krytyka literacka nie rozwiązuje i nie związuje niczego – po omacku zalicza kolejne konferencje naukowe, kisząc się w słoikach z tymi samymi nazwiskami, unikając diagnostycznego mięsa – dosłownie i w przenośni. Tu nawet nie chodzi o przywiązanie do wstępnych rozpoznań, raczej o nadmierne zaufanie do sztucznie wylansowanych konstruktów pojęciowych i dopasowanych do nich nazwisk, którym stawianie pomników w okolicach trzydziestki jest zwyczajnie praktyką zbliżoną do tej, jakiej ulegają podmiejscy nowobogaccy, budując w okolicach naszych polskich metropolii coraz to wymyślniejsze wille-gargamele.

Niedawno znalazłeś sobie wygodną i nieodpowiedzialnie pojemną kategorię zaangażowania, którą identyfikujesz i gloryfikujesz jedynie w kontekście pewnych, zdecydowanie lewicowych światopoglądów, jakby ten rynek (i o rynku, nomen omen, prawiliśmy!) miał tylko jedną stronę medalu za zasługi w poezji po przełomie tysiącleci. Zgrabnie ją definiujesz, dobierasz wyraziste przykłady zastosowania, niemniej na dłuższą metę sam przy tym pochopnie i od razu za bardzo angażujesz się pozaliteracko. I pozwalasz zdominować mocno schematycznym i szybko wyczerpującym się poetykom. Jakbyś, na własne życzenie, miał związane ręce. Ale to przecież nie ten bontage, przy którym tygrysy literatury mruczą z pożądaną na naszym poziomie lektury ekscytacją.

Piję, jak ostatnio zwykle, do kilku nazwisk: na dwóch, z nich, Górze i Kopycie, zbudowałeś – przy większym udziale Marty Koronkiewicz i mniejszym kilkorga wstępnie zaproszonych tak zwanych krytyków młodego pokolenia (kolejny drażliwy temat do okiełznania w osobnej dyskusji) – antologię o znaczącym i nośnym tytule Zebrało się śliny (Biuro Literackie, Stronie Śląskie 2016 – by wydawca czuł, że się go nie pomija). W telegraficznym skrócie: narzekałeś na brak rozpoznań – sam wypełniłeś go z nawiązką, szkoda tylko, że na kolanach, równie wstępnie i szufladkowo traktując wybory autorów i wierszy do tego projektu. Tutaj moje zdanie znasz, dyplomatycznie wyartykułowane w jednym ze szkiców: http://www.biuroliterackie.pl/biblioteka/recenzje/plujac-lewej-wiatrem-wiatr/. Rozwinę myśl, na dalsze wymiany intuicji: im bardziej zaangażowane wiersze piszą wyżej wymienieni, uzupełnieni, by trójca była odpowiednio głośna i nieświęta, o Kirę Pietrek, tym mniejszą wartość literacką mają. Zależność tę dostrzegam najwyraźniej w Z A, Be i Ce Kopyta i w na siłę (choć – nie powiem – zgrabnie, płynnie i elokwentnie) rozbudowywanych Nych Góry. O językach korzyści, rzekomo punktowanych i kompromitowanych przez Pietrek, nawet nie wspomnę. Mogę jedynie sparafrazować Czesława Miłosza (który nawiedził mnie we śnie i do tej pory nie daje mi spokoju, co chciał przekazać): takie rzeczy, to ja widziałem w poezji lat siedemdziesiątych (ubiegłego stulecia), gdy rzeczywiście była na fali, nowej fali.

A teraz małe meritum. Taki odpowiednik Małej Matury z przereklamowanego dwudziestolecia. Małej, a pisanej wielkimi literami, jak Młoda Polska czy Papież Polak. Masz pasję, talent, warsztat, narzędzia i spore wyczucie. Pięć żywiołów czujnego i żwawego komentatora literatury, a zwłaszcza poezji. Szkoda Twoich umiejętności na uleganie modnym i krzykliwym wpływom, na zabawy w krytyka towarzyszącego, zależnego od kaprysów samozwańczych rewolucjonistów. Patrz szerzej i zobacz więcej, nie tylko na prawo od aktualnie okupowanej przez Ciebie pozycji, to jest w centrum. Rusz z Kopyta! Odpuść demo, postaw na pełną wersję! Nie wymagam wiele, nie mam do tego, jak i do niczego, prawa, w czasach szalejącego wiersza smoleńskiego i coraz bardziej polaryzującej się sceny literackiej. (Nie chcę tu tworzyć analogii politycznych, jednak ten kraj już jakiś czas temu przełamał się na pół, jednak jego bieguny się nie całują, a jadowicie gryzą. O tym kiedy indziej, w bardziej wygodnym dialogowo momencie).

Kolejne, chyba najbardziej ponadczasowe obecnie pytania, brzmią: O co walczy krytyk, jeśli zdecydował się na wybór broni? Co i komu postanowił udowodnić? I kiedy jeszcze chodzi o literaturę sensu stricto? Retorycznie pozwolę je sobie i Tobie zostawić na później, gdy skonkretyzujesz odpowiedź na tak postawione zarzuty, pretensje i nienadstawione policzki.

Łatwo tłumaczyć się nadmiarem aktywności i obowiązków. Deadline’ami, które zapadają szybko i boleśnie. (Nie wspominam o koleżeńskich sympatiach i zależnościach – w tym środowisku wystarczy przestawić przecinek bądź wykrzyknik, by jakiś narcyz zerwał się od razu i wypiął w Twoja stronę pełen krost tyłek). Zresztą sam, hipokrytycznie, piszę tę listę skarg i zażaleń z niemałym, półtorarocznym opóźnieniem, ale przecież i Ty słyniesz z przekraczania nie tylko krytycznoliterackich granic. Na nieszczęście termin przydatności mojej odpowiedzi nie wygasł, ba, jakby się przedłużał wręcz geometrycznie. Niezależnie od okoliczności przyrody, sprzyjających różnego rodzaju marszom, buntom i kolorowym protestom. Od teoretycznie rosnącego potencjału metaforycznego rozmaitych wypowiedzi artystycznych, co jednak wciąż jeszcze nie zostało w wyraźny i skuteczny sposób wykorzystane; ba, mało kto w ogóle podejmował próby, gdyż hasła typu „Czarownice na ulice!” przemilczę jak najnowszy dramat ze świata Harry’ego Pottera tudzież kolejne naciągane Noble (Adam Zagajewski byłby mniej kontrowersyjny od Boba Dylana) czy śmierci znanych dyktatorów, tym razem nie mody.

To tylko mała kropla w morzu niezaspakajanych przez krytykę literacką potrzeb. Na wąskim marginesie społecznym. Jeśli zechcesz ponownie podjąć temat, za kolejne dwa–trzy lata z przyjemnością i premedytacją zajmę jakieś istotne stanowisko.

(Z tym wciąganiem innych do naszego grajdołka masz rację – tylko w pobliżu czają się same akademicko kurtuazyjne i szarmanckie typki i typy, że zachowam parytet na tym łez padole, statystycznie zdominowanym przez kobiety).

Czytaj również