Tylko najwięksi potrafią wyrzec się zemsty, mniejszych trzeba przekupić

Drukuj

Myślę, więc jestem. Ile razy można powtarzać podobne, nieprawdziwe zresztą, komunały? Gdyby ludzie rzeczywiście myśleli, czy mielibyśmy teraz problem z tłumami uchodźców nieopodal, ponadprogramowo władczym Putinem, zbyt bogobojnym prezydentem czy parlamentem, w którym od niepamiętnych czasów największe emocje budzi aborcja? Tutaj jednak chodzi o coś mniej.

O strachu zacząłem pisać w sierpniu, to jedynie punkt wyjścia. Potem następuje zwykle albo atak – ze strachu, by wyprzedzić działania potencjalnych oponentów, albo zemsta – ze strachu, że nie przewidzieliśmy ataku; ze strachu, że atak drugiej strony zabolał, choć wydawało nam się, że szumnie i dumnie demonizowany świat bezwzględnie pozbawił nas czucia i uodpornił na działania każdego rodzaju. Mszczę się, więc jestem. To bardziej precyzyjna definicja egzystencji.

Zemsta niejedno ma imię. Czasami wystarczy po prostu pokazać, że ma się rację. Przy najbliższej okazji udupić kogoś przy kolegach: złapać na niewiedzy, ośmieszyć przed szefem, pokazać, że jego/jej mocne strony to pozory, a pewność siebie jest powierzchowna, to kolos na glinianych nogach, we wnętrzu którego siedzi przestraszony dzieciak, przez silniejsze psychicznie kobiety zwany „pizdą”. Czasami jednak potrzebna jest satysfakcja i zadośćuczynienie. Tzw. poczucie sprawiedliwości. I tu zaczynają się schody, zwłaszcza jeśli chodzi o nowe odczytanie tego terminu.

Podobno jedna z zasadniczych różnic w postrzeganiu świata przez kobiety i mężczyzn jest związana z podejściem do krzywdy. Mężczyzna wybacza, niezależnie od tego, czy szkoda została przez drugą stronę w jakiś sposób zrekompensowana; wyprowadzi kilka ciosów i wyciągnie rękę na zgodę. Kobieta wybacza tylko wtedy, gdy zadośćuczynienie ją satysfakcjonuje. Co nie znaczy, że na zakończenie rozliczania krzywdy nie wytoczy jeszcze najcięższych dział i nie wykona kilku – w zaistniałych okolicznościach według niej słusznych – ciosów poniżej pasa. To oczywiście pewne uproszczenie, ale całkiem trafnie odnosi się do relacji w ramach sporów prywatnych. Gorzej, gdy np. niektórzy faceci zaczynają brać się za politykę. Wtedy mogą nie przebaczyć nigdy.

Jednak zemsta polityczna to zwykle – w wymiarze realnym – wojna na stołki: wymiana kadr w podległej części budżetówki, do cieciów włącznie. Reszta chwytów ma wymiar czysto symboliczny: zgłaszanie wotów nieufności, wniosków o odwołanie ministra czy prezesa, wetowanie ustaw, by po latach – na ich bazie – tworzyć następne, bliźniaczo podobne. W końcu rządzenie państwem – przy obecnie istniejących strukturach i organizacji władzy, bardzo trudnych do ruszenia – to w 80 procentach administracja i papierologia, bez których państwo przestałoby funkcjonować; choćby to się nie podobało komukolwiek: od obrońców praw zwierząt i roślin po obrońców plemników czy zwolenników kar cielesnych i kobiet w łańcuchach.

Najsensowniej na tym tle może wyglądać zemsta sportowa, jeśli oczywiście mszcząca się drużyna nie zapewniła sobie satysfakcji z wygranej wcześniej, zadośćuczyniwszy sędziom. Ale takie wałki wychodzą na światło dzienne zwykle po czasie: każdy oszust przez kilka godzin może czuć się mistrzem olimpijskim i nikt mu nie zabierze tego przeżycia. Niemniej tzw. sportowa złość jest wręcz podstawą funkcjonowania w danych rozgrywkach czy igrzyskach liczących się drużyn i zawodników. Bez chęci pomszczenia wszystkiego i wszystkich bardzo ciężko zmotywować się do sukcesu Polakowi, wychowanemu na powstaniach i zwycięskich remisach. Adam Małysz próbował być tutaj wyjątkiem, sprzedając głodne kawałki o dwóch dobrych skokach, maskując się motywującą dietą w postaci bułki z bananem. Jak jednak potoczyłaby się jego kariera, gdyby na początku nie rywalizował z groźnymi i niepokonanymi Niemcami (dla mało pamiętliwych podpowiedź: Schmittem i Hannavaldem)? Jak grałby Robert Lewandowski, gdyby nie rywalizował z tymi samymi Niemcami, na domiar złego na oczach milionów Niemców?

A jak to wygląda na rynkach światowych? Spekulacje na cenach ropy w ramach zemsty za akcje zbrojne? Nic prostszego, paradoksalnie z korzyścią dla szarego obywatela, ale to tylko przy okazji; żaden koncern nie może przyzwyczajać klientów i potencjalnych klientów do takich przywilejów, tym bardziej że przeciętny klient jest biedny i zawsze będzie pociągała go cena, więc jak ta znowu wzrośnie, klient zemści się i ucieknie do konkurencji. Zemsta dźwignią handlu, zwłaszcza w warunkach niedopasowania zasobów do oczekiwań, co stanowi wręcz znak firmowy gospodarek zbliżonych do polskiej, gdzie prawie każdy konsument chociaż raz otarł się o bogactwo, wie, jak ono smakuje, więc chciałby takie razy dostawać jak najczęściej.

I jak tu być pacyfistą, nie wspominając już o głoszeniu anarchii? W tych dwóch przypadkach mamy do czynienia z aktem masochizmu, tj. zemstą na samym sobie. Ponieważ jak można mówić o pokoju, gdy prawie wszyscy w otoczeniu są w stanie permanentnej wojny? Jak mówić o braku władzy, gdy – przede wszystkim za pośrednictwem zemsty – chce się zdobywać władzę nad innymi? Mechanizm jest prosty i niezwykle skuteczny.

Zadaję wiele pytań, jednak wciąż nie padło najważniejsze: czy jest jakaś alternatywa? Czy i na ile można obejść się bez zemsty? Odpowiedź jest trywialna: oczywiście, że tak. W dwóch przypadkach. 1. Gdy w jakiejś hierarchii (czyli musi być jakaś hierarchia) zajmuje się odpowiednio wysokie miejsce. Tytuł nie wziął się z powietrza czy moich (choć nie do końca tylko moich) fantasmagorii 2. Gdy wybiera się wegetację: dom-praca, praca-dom, bieda, nuda, bylejakość, ale spokój.

Czy istnieje złoty środek? Trzecia droga jak trzecia płeć? Nie, nie ma złotego środka. Albo nas na coś stać – i to kupujemy lub bierzemy jak swoje, albo nie – i obchodzimy się smakiem. Piłka jest okrągła, a bramki są dwie. I nie zawsze wygrywają Niemcy. Wystarczy odpowiednio się wkurwić. Mamy wybór, korzystajmy z niego. W tym przypadku ósemka jest erekcją nieskończoności. To taka mała dygresja przed ciszą. By nikt z państwa nie zemścił się za jej nieprzestrzeganie niebawem.

Czytaj również