Trzy kolory: szary. Holokaust intelektualny

Drukuj

Od pewnego czasu szukam logicznej i wiarygodnej paraleli między światem literatury a światem polityki. Nie chcę być zakładnikiem tego drugiego w żadnej formie, choćbym miał tylko protestować z jakimś na siłę wyzyskiwanym symbolem typu biała świeczka, biała róża czy czarny strój, niekoniecznie żałobny. Taka klisza. Do upadku kolorów jeszcze wrócimy, teraz tylko sygnalizuję ich tendencyjną jednoznaczność. Niczym szkice węglem, nomen omen, polskie lektury.

Czy z polityką jednak nie jest trochę tak jak z krytyką literacką? Zajmują się nią ludzie, którzy bardzo by chcieli umieć żyć, ale im się to nie udaje, więc wolą innym narzucać teoretyczne rozwiązania rodem z różnych, mniej lub bardziej przeterminowanych, podręczników, biblii i innych kodeksów braku zmian? Podróż w czasie zamiast podróży w przestrzeni? Masturbacja zamiast seksu? Do upadku seksu jeszcze wrócimy, teraz tylko sygnalizuję jego instrumentalne pomijanie.

Ale jaki jest w ogóle sens tak częstego pisania o polityce, kiedy i tak nic się nie zmienia: dla jednych czarne jest czarne, dla drugich białe, trzeci poruszają się w nudzie różnych odcieni szarości, posądzani o lawiranctwo przez najbardziej ortodoksyjnych przedstawicieli dwóch wcześniej wymienionych grup. W sprawach kontrowersyjnych nie zabierając głosu, gdyż przecież obecnie najbardziej piętnowane jest udowadnianie, jeszcze niedawno oczywistej, symetrii między czarnym a białym. Zestawianie skrajności i totalitaryzmów z lewa i prawa. Zestawianie katów i ofiar w obozach i poza nimi. Szukanie dziury w całym, rzekomo spójnym światopoglądzie. Retorycznie i intelektualnie powoli cofamy się do czasów przednowoczesnych, do wytrychów-gotowców, świadczących rzekomo o prawdziwości, a więc słuszności intencji i idących za nimi (jeśli na teoretyzowaniu się nie kończy) czynów. Szarości więc to nie wypadkowa między merytoryką i retoryką czerni i bieli w danym kontekście, tylko marazm braku środka ciężkości. Już o braku pomysłu na kolory nie wspominając nawet wstydliwym szeptem.

A może to prosta kwestia wynikająca z nie do końca udanej transformacji? Może polska rzeczywistość, również medialna, nigdy nie stała się kolorowa, gdyż mentalnie zostaliśmy w czerni, bieli i szarościach? Już w języku mamy rzekomo neutralnego „szarego człowieka”, kiedy „niebieski ptak” czy „paw” pobrzmiewają pejoratywnie, nie pasując do przyjętej polskiej konwencji. I nawet jeśli ktoś się spali – a przecież znamy kolory ognia, podczas gdy telewizory i domowe ogniska potrafią nieźle oszukiwać – to zostaje zwykłym „szarym człowiekiem”, a nad jego mogiłą najbardziej widoczny jest szary lub co najwyżej bezbarwny dym.

A jeżeli już jakiś kolor zawładnie naszą wyobraźnią, musi to być opacznie rozumiana czerwień: od ogólnonarodowej barwy, na swój sposób wykluczającej dyskusję, po symbol totalitarnej rewolucji (jak wyżej). Często w zestawieniu z bielą-czystością, ale i bielą-poddaństwem, zresztą to określenia do bólu bliskoznaczne w chrześcijańsko-patriarchalnym porządku. Moje, erogenne rozumienie bieli w walce ze wspomnianym porządkiem i w jego ramach leży i kwiczy, bynajmniej nie z rozkoszy (jak wyżej).

I możemy sobie tutaj ironizować do woli, ajronizować już sprasowane kolory, przyporządkowane do konkretnych i wciąż tych samych stereotypów. Problem pozostaje ostatecznie nierozwiązywalny, jak samobójstwo w imię jakiejkolwiek idei. Zresztą podchodząc do tematu humanistycznie i humanitarnie, z punktu widzenia winy i należnej kary to śmierć jednej osoby jest tak samo dotkliwa jak śmierć milionów, nie ma tutaj prostych przełożeń ilościowych, a zwłaszcza jakościowych. W ten sposób pojedynczy samobójca dokonuje zamachu na życie ludzkie, dopuszcza się więc ludobójstwa. Korekty nie zapewnia tutaj list skarg i zażaleń do ludożerców, czyli barbarzyńców, którzy przecież inspirują każde zło i pełne empatii przemowy na pogrzebach demokracji. Do odpowiedzialności zbiorowej i empatii jeszcze wrócimy, teraz tylko sygnalizuję ich obosiecznie wypaczający charakter.

Tylko co do tego wszystkiego ma literatura? Przecież nawet wspomniany „szary człowiek” funkcjonował w ramach bardzo tendencyjnej fabuły i dokonał jednej, wtórnej akcji, którą niejako kompromituje słabo uargumentowany kontekst ucisku i braku wyjścia. Zawsze jest jakieś wyjście, po stronie żywych, tutaj czerń i biel może wybrzmieć wiarygodnie, w jedynym pewnym kontekście nieuchronnej, ale naturalnej śmierci, niezaprzeczalnym nawet w świetle tylu zmartwychwstań demonów przeszłości. Wiarygodność to złożoność, powtarzalność w drodze do jakiejś formy braku doskonałości, ze świadomością banału i oczywistości, ości stających w gardle o bezwzględnie zbyt wysoko lub nisko ustawionym głosie, obecnych w kiczu początku i kiczu końca. Może jest to nawet tęcza, jako symbol przymierza z jedynym istniejącym bogiem – zdrowym rozsądkiem.

Ale Polacy już tak lubią odjaniepawlać, panteon bohaterów budując z trupów, bo przecież tylko w wątpliwym, nieudokumentowanym życiu po życiu można zostać świętym. Za późno z pieca wyjętym. Taka literatura jak obowiązkowa lektura. A z drugiej strony duma pomieszana ze wstydem. Bo przecież polskość. Bo jakaś przaśność, kiczowata kolorowość. Bo jakaś pierdolona husaria i ciągłe cytowanie klasyków. Bo jakiś chocholi taniec i pełne ludzi stodoły – piękne wioski, które pięknie płoną. Bezpłciowość, szarość – trzecia połowa, która nam się należy w każdym zremisowanym meczu. I stąd ta mantrowo powtarzana sekwencja modlitwy o wysuszenie korzeni i przerobienie ich na przyprawy do godniejszych światopoglądowo i wielkomiejsko kultur: moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina. Popioły, wiecznie sypiące się na głowy w czarno-białym krajobrazie. Biało-czerwonym? Bez różnicy. Niczym deszcz meteorytów, mający zaorać nasze polskie dinozaury, nawet jeśli chodziło o te najbardziej waleczne i pokojowe. Taka polityka historyczna, takie przegrane powstania równoległych światów, wygrywane w głowach przy wykorzystaniu patetycznych nut. Brutalny patriotyzm i łagodny kosmopolityzm. Polityka i literatura? Znowu skrajności. I tak bezustannie, wzdłuż coraz wyższych i szerszych barykad. Jak żyć? Jak w tym wszystkim pisać?

***

Ten tekst miał powstać wcześniej, żeby się rozprawić z bezsensem stygmatyzowania i uogólniania zarazem. Po drodze pojawiło się jednak kilka szczytów absurdu, które zmusiły mnie do rozbijania polskich obozów możliwie najbliżej celu uświęcającego środki. Znowu biel, znowu mgła – katastrofa! Szczyty absurdu wyrosły nie tylko w Warszawie, ale i w Tel Awiwie (proszę czytać ze zrozumieniem długości i długotrwałości różnych interesów). Polityka zaczęła się mylić z empatią. Antysemityzm z niezgodą na jedynie słuszne, bo dotyczące odwiecznych ofiar działania w sferze pamięci i post-pamięci. W społeczeństwie rzekomo coraz bardziej wyzwolonym, w setną rocznicę odzyskania niepodległości, odpowiedzialność zbiorowa zastąpiła seks zbiorowy. Ten ostatni – wciąż i niestety – temat chętnie rozwinę w jednym z następnych tekstów, gdyż każdemu i każdej z nas, w świetle nadwerężonej wytrzymałości organizmów ludzkich i nieludzkich, zdecydowanie przydałoby się więcej bezpretensjonalnej przyjemności.

Czytaj również