Ten obcy, czyli rzecz o wymierających kierunkach

Drukuj

Niedawno, niedawno temu, w pewnym upadającym mieście, słynącym między innymi z wyrobu artykułów pierwszej potrzeby, upadała filologia obca. Brutalnie naturalnie, bo taki był brak zapotrzebowania rynku, ale i brutalnie personalnie, bo taki był wielolicowy szef katedry, koniunkturalny lawirant z brodą jak stary dowcip. I tak samo mało śmieszny.

Brodacz posługiwał się prostymi metodami badawczymi i karierotwórczymi i choć szwankował mu instynkt samozachowawczy, potrafił znaleźć się w każdej nowej sytuacji. A nade wszystko potrafił nabruździć na wiele sposobów. Sobie i innym. A to popełnił plagiat, by szybciej napisać pewien ważny tekst, więc poprzednią katedrę (w innym upadającym mieście, w nieupadającym, aczkolwiek przeinwestowanym socjalnie państwie) opuszczał w podskokach. A to podpadł na innym polu. Drogę do kraju dziadów i pradziadów tez miał zablokowaną, gdyż w pewnych zamierzchłych czasach, zwanych humorystycznie jednym z realizmów, zdarzyło mu się donosić na kolegów. Cenił sobie tajność, a ich brody widocznie należały do innych, bardziej liberalnych dowcipów.

A niewidocznie? Znacząco cenił sobie studentki, a już zwłaszcza lojalne doktorantki. Zżywał się z nimi, zarówno naukowo – pisały teksty, które podpisywał swoim nazwiskiem, jak i pozanaukowo – towarzyszyły mu podczas bezsennych nocy i popołudni. Podczas jednego z tego rodzaju popołudni jego żonie zdarzyło się wrócić wcześniej do hotelu asystenckiego i zastała męża wraz z asystentką, która leczyła jego bezsenność odwieczną metodą: okładem z młodego ciała. Żona była przeciwna medycynie niekonwencjonalnej, toteż postanowiła się oddalić.

Tym samym utorowała drogę swoim licznym, mniej lub bardziej oficjalnym, nieślubnym następczyniom, gdyż ten incydent sprawił, iż nasz bohater zaczął regularnie zatrudniać tylko swoje najwierniejsze lekarki. Niestety, nie wszystkim kolegom-profesorom odpowiadały tak tendencyjne i ciągle powtarzające się dolegliwości badacza: odchodzili grzecznie, jedynie pod wpływem trunków właściwych dla narodów, których języki wykładali, mówili – wprost i zdecydowanie pozanaukowo – dlaczego: nie chcemy pracować z reżimową mendą. Aż w końcu – czyżby w wyniku nasilających się plotek i pomówień wobec naszego bohatera? – dotychczasowy szef katedry postanowił odejść w kierunku stolicy i nasz bohater, łasy na łatwe stołki, wystartował w konkursie.

W podobnym czasie, w ferworze pracy, zdarzyło mu się, w pewnym zachodnim mieście, sfałszować pewne dokumenty. Tak się złożyło, że sprawa wyszła na jaw – słyniemy z oczu i uszu szeroko otwartych, zwłaszcza jeśli chodzi o niecną działalność naszych kolegów – wieść rozniosła się w czasie i przestrzeni, docierając nawet do posadowego kontrkandydata brodacza. I jak to zwykle się okazuje w tym kraju, przyczyniła się do jego awansu: otóż zamiast krajowej sławy specjalisty i naukowego wizjonera, dziekan wolał potulnego karierowicza, na którego dodatkowo miał haka w postaci wiedzy na temat wyżej opisanego przewinienia. W każdym razie nic nie wiadomo na temat szerokości pleców naszego bohatera; wiadomo, że były owłosione, co mogło sprzyjać preferencjom naukowym dziekana.

Żeby sprawa okazała się definitywna, niedługo potem świeżo upieczony (ze wstydu na pewno) szef został profesorem zwyczajnym, w polskim systemie nauk wszelakich – człowiekiem nienaruszalnym i niezwalnialnym. Rozpoczął wielką reformę filologii obcej, stopniowo ograniczając wykładane języki do jednego, swojego ojczystego. Aż dziwne, że tak bardzo szwankuje mu pamięć, w końcu to język kraju, który się na nim poznał, więc go odrzucił. Zresztą pomogli mu w tym koledzy-profesorzy, na znak protestu masowo opuszczając tonący okręt. I katedra dogorywa, a nasz bohater, nawet jeśli ona padnie, zachowa bezpieczną posadkę blisko dziekana, któremu – w ostateczności – przytrzyma ustami narząd równowagi. Zresztą sam dziekan z tego słynie, że na tak sfeminizowanym wydziale wybiera zdecydowanie inne rozwiązania.

Z tej pouczającej historii wypływa piękny brak morału dla zatwardziałych konserwatystów: tak, są dziedziny życia w tym postępowym kraju, które nie ulegają – wydawałoby się – nieuniknionym zmianom, niezależnie od wdrażanych reform i innowacji. Uczelnia to państwo w państwie, począwszy od złotych lat czterdziestych i platynowych pięćdziesiątych ubiegłego wieku. Banał, który odwiecznie boli, zwłaszcza gdy tak wielu banalnych ludzi odpowiada za brak poziomu nauki. Ale jest też nadzieja dla tych, potrafiących zrezygnować z niezależności i ambicji – wystarczy znaleźć sobie kilka tyłków, w których jak w przysłowiowych tunelach będą się zapalać światełka, coraz jaśniejsze drogowskazy dla przyszłej kariery.

Czytaj również
  • Jan Egzarcha

    Ciekawi mnie skąd ma Pan te informacje, na podstawie których wylewa kolejne pomyje. Jedyne źródło, które przychodzi mi do głowy musi być bardzo bliskie autorowi. Oczywiście poruszamy się w sferze czysto hipotetycznej, nie padają żadne nazwiska ani nazwy miejscowości czy uniwersytetu. Niemniej poziom żenady wywołany tekstem jest absurdalnie wysoki nawet jak na niezwykle pojemne w tym zakresie łamy niniejszego portalu. Gratuluję rzetelności i przyzwoitości – określenie ich poziomu mianem dna byłoby dalece zbyt eufemistyczne.

  • Guest

    Naprawdę żenujący tekst,