Tajemnica zaginionego pantofelka albo barka pozostawiona na brzegu. Podsumowanie roku 2016 w poezji polskiej

Drukuj

Taki już los śladowego czytelnika poezji w Polsce, że nawet nie może się wykazać brakiem hipokryzji. Właśnie napisałem elaborat (oczywiście uwzględniając moje skromne możliwości i nieskromne aspiracje) na temat tego, jak niepotrzebne są podsumowania czegokolwiek, gdyż na dłuższą metę służą tak naprawdę tylko autokreacji autora podsumowania (zainteresowanych i nie – odsyłam do źródła: http://gawin.liberte.pl/zamiast-podsumowania-czyli-rozniczkowy-rachunek-braku-sumienia/). A przecież sam obiecałem, nie tylko sobie, że w jakiś sposób odniosę się do ubiegłego roku w poezji, zwłaszcza że był dość bogaty.

Bogaty w formie i w treści opublikowanych książek, bo przecież nie rozmawiamy o nowych dotacjach, mecenasach i innych wujkach o zasobnych portfelach. Ukazało się co najmniej kilkadziesiąt wartych uwagi pozycji, zagrały największe żyjące nazwiska. Szczerze mówiąc, współczuję jurorom nagród – siłą rzeczy, a raczej statystyki, będą musieli pominąć w nominacjach co najmniej kilka książek, których autorzy, w mniej spektakularnych poetycko latach, wręcz potykaliby się o kolejne laury i zderzali ze splendorami i wyrazami uznania, schodząc ze szczytu na szczyt.

Ja też nie mam innego wyjścia – pozwalam sobie na podobne pominięcia.

Ale najpierw będę się gęsto tłumaczył. Na czołowych lokatach w moim wybiórczym przeglądzie znajdą się prawie sami poeci. Linczujcie mnie.

Po pierwsze dlatego, bo tak.

Po drugie dlatego, że – moim zdaniem – jedne z ciekawszych książek, napisanych przez kobiety, zostały opublikowane nakładem Domu Literatury w Łodzi, a ponieważ we wszystkich maczałem palce, grzecznie i etycznie nie będę chwalił „swojego”. Gwoli ścisłości to Clarity Renaty Senktas, Tobołek Ewy Chruściel, Konfiskata konfetti Samanthy Kitsch i Pogodna biel dobrego samopoczucia Pauliny Korzeniewskiej (kolejność chronologiczna).

Po trzecie dlatego, że nie dotarłem do wszystkich książek, choćby wspominanych w podobnych podsumowaniach nowych tomów Kamili Janiak (zwęglona jantar), Zuzanny Bartoszek (Niebieski dwór) czy Mirki Szychowiak (Jakie to życie jest krępujące). Wymienione zbiory kupię bądź zdobędę w inny sposób, o czym piszę tu z premedytacją.

Na początek – moja prywatna czołówka (oprócz Marka Baczewskiego – kolejność przypadkowa).

Niewątpliwie wypalił Marek Baczewski. Projekt „Orfeusz”, który ukazał się po dziesięcioletnim milczeniu autora 666 wersów o zmaganiach Kasandry z twardą rzeczywistością, po raz kolejny przypomniał, w czym może tkwić istota rzeczy, o ile w ogóle jeszcze jest na/w tym świecie dostępna. W poetyce autora Morza i innych mórz praktycznie nic się nie zmieniło, bo i nic nie miało – to druga część trylogii, jaką poeta z Zawiercia przygotowywał latami, swoiste podsumowanie przygód i doświadczeń, tym razem skupionych wokół metafizyki i religii. Kunsztu tych wierszy nie muszę udowadniać. A największym koneserom polecam zwłaszcza – opracowane specjalnie na końcu tej bardzo poważnej książki – nieco mniej poważne przypisy.

Adam Wiedemann znowu nie zawiódł. Ile razy można wydawać tak równe, niby przewidywalne, a jednak dające tyle czytelniczej frajdy książki? Metro Żerań nie proponuje niczego nowego, ale przekonywająco rozgrywa charakterystyczne dla twórczości autora Kalipso motywy i chwyty post- w połączeniu ze sporymi dawkami prywatności. Tak, drodzy epigoni i apologeci, pisanie o sobie, nawet w najbardziej prozaicznych kontekstach, może być fascynujące.

Szymon Słomczyński tym razem zaskoczył. I to w znacznym stopniu. Po neoklasycystycznej Nadjeżdzie i jednak na dłuższą metę mechanicznej kontynuacji tego projektu w postaci wierszy „parzystych” Dwupłatu zdecydował się na wręcz postmodernistyczna woltę: Latakia przynosi wiele świeżości, choć przecież korzysta ze sprawdzonych hermetycznych wzorców: jakby Jacek Dehnel spotkał Martę Podgórnik i oboje jednocześnie powołali się na znajomość z Andrzejem Sosnowskim i Marcinem Sendeckim. Powstaje nowa, post-klasycystyczna jakość. Złośliwi szukają w tym zwrocie u Słomczyńskiego zmierzchu poetyki chłopca i narodzin poetyki mężczyzny. Myślę, że to pochopna i niesprawiedliwa lektura, nawet jak na kanony środowiskowych złośliwości. Czytajmy wiersze, nie autorów.

Dariusz Suska zaszalał w swoim stylu. Jego śmiercionośne frazy, choć miejscami jakby odpuszczające formalną dyscyplinę (rytm, sylaby), aż buchają pomysłami na ostateczną treść. Książka może rzeczywiście jest przydługa (prawie siedemdziesiąt wierszy), ale jej najlepsze momenty i fragmenty wynagradzają poświęcony na tę podróż czas. Bo to jest wędrówka od grobu do grobu, tyle że okazuje się, iż każdy jest nasz. I od tego nie ma ucieczki, bo być nie może.

Piotr Janicki nie zwolnił tempa. Choć zupełnie zmienił perspektywę. 13 sztuk otwiera przed czytelnikiem przestrzeń didaskaliów. W końcu w zbiorze tytułowych dialogów jest mniej niż wierszy, a już sam tytuł w jakiś przewrotny sposób próbuje odwrócić od nich uwagę. Książka odnawia tradycje Kantorowskie w literaturze polskiej, sięgając po zdolniejszych naśladowców w tej materii w przestrzeni poetyckiej, jak choćby Charlesa Reznikoffa. Brzmi to dumnie, biorąc pod uwagę (jednak) zaangażowany charakter całości, zaangażowany w prześmiewczość. Niezależnie od hierarchii tekstów w tomie – jestem ciekawy, jak zaproponowane przez Janickiego scenki rodzajowe sprawdziłyby się w polskim teatrze ery kolejnych, częściej mniej udanych, eksperymentów. Uprzedzam kompetentne komentarze: tak, o teatrze wiem jeszcze mniej niż o poezji, niemniej skonsultowałem się z bardziej kolegami bardziej świadomymi tych przemian.

Bartosz Sadulski wiele stracił, by napisać taki tom. I warto było na niego czekać. Wpaść w Tarapaty. W rozmowie z Pawłem Kaczmarskim zasugerowałem, że to mógłby być modelowy przykład zaangażowania niekoniecznie lewicowego. Ale teraz pozwolę sobie się z tego (chwilowo) wycofać: to zdecydowanie apolityczne treny i „upadłe” erotyki, w których jakiekolwiek społeczno-polityczno-gospodarcze rekwizyty służą jedynie jako forma ucieczki od meritum: bólu, jaki z tych fraz wręcz emanuje. Pogłębione badanie krytycznoliteracko-psychoanalityczne nie jest potrzebne, by usprawiedliwić siłę tych wierszy. Jak zdarza się nieczęsto, wystarczają najzwyklejsze, ale niezwykle zintensyfikowane w tych tekstach emocje.

Tomasz Dalasiński długo szukał poetyki dla siebie i po quasi-lingwistycznych podejściach w co najmniej dwóch poprzednich zbiorach rozbił bank w neoklasycyzmie. Tak, jego prawie zawsze trzynastozgłoskowiec w Copyrighcie jest świeży i nośny, przyczynowo-skutkowe dywagacje bliskie jakiemuś rodzajowi prawdy, którą mógłbym uznać za swoją (jakbym czuł na plecach oddech rozpędzającego się Karola Maliszewskiego). Więcej może później – jeśli tutaj zadeklaruję, to może się kiedyś zmobilizuję.

Małgorzata Lebda w Mateczniku doprowadziła poetykę, zapoczątkowaną w Granicy lasu do pełnego i ostatecznego kształtu. Rzadko się zdarza, by tom był tak dopracowany formalnie, a jednocześnie zachęcał do następnych czytań dzięki odpowiednio rozłożonym akcentom znaczeniowym i skutecznie działającym niedopowiedzeniom. Z jednej strony książka pozostawia niedosyt, toteż dość szybko podchodzi wielokrotnie, z drugiej – współczuję autorce, ponieważ w tego rodzaju wspomnieniowo-fotograficznej poetyce niewiele więcej da się dokonać. Podobne misterne treny to jednak największe wyzwanie dla samego autora.

I jeszcze Genowefa Jakubowska-Fijałkowska i jej najnowszy Paraliż przysenny. Bezkompromisowy, ostry, szczery do bólu i nienawiści. Czyli constans w przypadku tej poetyki, zderzającej w dzikiej walce żarliwość Rafała Wojaczka i formalną precyzję Tadeusza Różewicza. Jak mawia krytycznoliteracka młodzież: na wkurwie i po bandzie. Ale czy istnieje literatura bez ryzyka? Ile jeszcze mam się męczyć z doskonale skonstruowanymi i wyrafinowanymi wydmuszkami? Ponadto, po raz kolejny okazuje się, że taki model poezji może sensownie funkcjonować jako podkładka dla niezwykłej wrażliwości, płynącej z doświadczenia i sporej energii witalnej autorki, w tym kontekście wręcz szokującej rocznikiem. I bardzo dobrze, tu nie ma miejsca dla łatwych wniosków.

Na deser mała uwaga. Cieszę się, że Janusz Szuber wydaje książki. Tak po prostu. Nie zapominajmy o nim! Rynek 14/1 jest bardzo skromny objętościowo, ale jest. I tyle wystarczy.

Na marginesie uczciwie napomknę, że wciąż jeszcze nie przeczytałem do końca książek autorów, którzy mnie w jakiś sposób wcześniej urzekli, a to podejściem do klasycyzmu (Tomasz Pietrzak, teraz Pospół, chętnie jeszcze się tym zbiorem zajmę przy najbliższej okazji), a to podejściem do zaangażowania (pominięty w niedawnej antologii Zebrało się śliny Marcin Ostrychacz, teraz Ruje i wyciszenia), a to – wreszcie – bezkompromisowym rozgrywaniem wiersza na poziomie długiej i samowystarczalnej frazy (Maciej Melecki, do którego książek powoli dojrzewam, ale wciąż jeszcze czytam je bardzo długo, obecnie chyba najbardziej totalne i radykalne w dorobku autora Inwersje). Reszta to margines, ale błędu.

Przechodząc do debiutów:

Dawid Mateusz nie wymaga moich dalszych rekomendacji. Wystarczająco nasłodziłem tu i ówdzie (choć nie omieszkałem przemilczeć, że książka jest – mówiąc w pewnym uproszczeniu – za krótka), niech teraz Stacja wieży ciśnień zbiera zasłużony plon nagród w kategorii „debiut roku”, niemniej niech sprawiedliwie dzieli się z innymi, choćby ze zredagowanym przez Mateusza premierowym materiałem Radosława Jurczaka. Nie wspominając o świeżych i nieoczywistych poetycko debiutach innych bierezinowców: recydywisty Damiana Kowala oraz Wita Pietrzaka i Marcina Tomczaka. Ale miało nie być o książkach wydanych przez Dom Literatury.

Joanna Żabnicka na debiut czekała długo – trzy–cztery lata; czy nie za długo? Okaże się w najbliższych latach. (Albo i nie. Historia literatury nie może być sprawiedliwa). W międzyczasie nurt ośmielonej wyobraźni, o który się ocierała, niejako się wyczerpał, ostatnią książką odciął się od niego nawet jeden z ojców-założycieli – Roman Honet. W Ogrodnikach z Marly Żabnicka szuka mniej ośmielonych ścieżek, choćby tych w pierwszej kolejności przeznaczonych dla teatru. I znajduje na takie pisanie osobną metodę: nie robi scen jak Janicki, nie przepisuje klasyków jak Siwczyk. Nie potrzebuje didaskaliów. Igra ze sceną na sposób iście poetycki – czasem to małe skojarzenie, czasem przyczynek do bardziej ponadczasowej dywagacji. Tu przytnie, tam wyrówna, w innym miejscu zostawi prześwit dla wytrawnego podglądacza (lub podglądaczki). No, może wierszy mogłoby być o kilka mniej. Ale nie można mieć wszystkiego, nawet gdy ma się zbyt wiele.

Karol Ketzer strzela. Nie musi trafiać. Przekazuje precyzyjne komunikaty. Nie zgadzam się. Stop. Wkurwia mnie. Stop. Nie będę kolejny elementem łańcucha dających dupy, mniejszy większemu, zgarbionych mężczyzn. Stop. Agresja tych wierszy ma jakieś pierwiastki z tablicy, na której swoje hasła wypisują poeci zaangażowani. Stop. Jak w przypadku Jakubowskiej-Fijałkowskiej nie mogę nie powołać się na kategorię wkurwu, Pięszczoty to jej modelowa egzemplifikacja. Plus kilka zwodniczych akcji, kilka ślepych uliczek (choćby tytułowe skojarzenie ze znanymi skądinąd „pięśniami”). Niedosyt, spowodowany chudością zbioru, można sobie zrekompensować, tropiąc powyższe atrakcje.

W dalszej kolejności – kilka słów o książkach, które zostawiły we mnie jakiś lekturowy ślad bądź skłoniły do choćby chwilowej refleksji:

Tomasz Bąk zbiera pochlebne recenzje, rezydując w mocno lansowanej szufladce „nowej poezji zaangażowanej”. I [beep] Generation sprawdza się tam doskonale, tylko – jak zwykle – mam w takim przypadku wątpliwości: czy te wiersze nie są zbyt jednowymiarowe, zbyt deklaratywne? Za dużo tracą w drugiej i kolejnych lekturach. Zbyt szybko rozśmieszają i wyczerpują refleksję. Również, a może zwłaszcza jeśli chodzi o tytułowe zagłuszanie czy cenzurowanie treści, jakie serwuje nam bezwzględny „system”. Najcelniejszą bronią tych wierszy jest cały arsenał ironii i sarkazmu (wiersz, a raczej poemat tytułowy! Bliski mi motyw człowieka-pizdy!); jednak zbyt często pudłują, gdy praktycznie każde zdanie, każdą strofę, ba, każdy wers próbują ostro i efektownie spuentować. Za dużo dobrego.

Marcin Świetlicki postawił na prozę poetycką. A przynajmniej na taki zapis wierszy, by wyglądały jak proza. Gest zmiany formy przez wciąż najpopularniejszego poetę wciąż średniego pokolenia można odczytywać w wielu kontekstach: politycznym, gospodarczym i społecznym, również środowiskowym i nagrodowym. (Szczegóły innym razem. Drobna zmiana w końcu nie wzięła się znikąd). Tylko co z tego wyniknie? Świetlicki nie nabierze nikogo na samego siebie. W treści to ten sam dobry Świetlicki, z racji formy może bardziej zbliżony do Świetlickiego z okolic kryminalnej trylogii, w której przecież nie stronił od poetyckich autocytatów. Czyli jego projekt pisarski jeszcze bardziej się zazębił, studenci i doktoranci mogą aktualizować prace. Byle szybko, bo kariera poetycka Świetlickiego po wierszach zebranych znowu nabiera tempa, jeszcze zaskoczy zbiorem dramatów lub sentencji na długopisy.

Zaskoczył mnie Nautilus Macieja Roberta, poemat o Łodzi, do której autor podszedł niezwykle szczerze i czule. Wykorzystany – jako porządkujący formalnie tak obszerną całość – ciąg Fibonacciego nie odwróci uwagi od wspomnianych emocji. Zwłaszcza w końcowej części utworu, gdzie poeta nagrywa cover słynnego „I remember” w wersji niekoniecznie alternatywnej, ale zatrzymującej na dłużej. Tam się dzieją rzeczy do tej pory w poezji Roberta niedostępne, a chyba nawet niemożliwe: perspektywa jest bardzo osobista, poszczególne ujęcia to jednocześnie odsłonięcia, żadnych ucieczek w bezpieczne okowy formy, żadnych uników i pustych pól. Aż szkoda, że dopiero w piątej książce zaczął opuszczać bezpieczną przystań quasi-klasycyzmu (znowu: kiedyś to rozwinę, to bardzo spontaniczne rozpoznanie); dobrze, że w ogóle.

Przemysław Dakowicz – o zgrozo! – jakby powoli odchodził od patetycznego betonu. Nie wiem tylko, na ile świadomie (a na ile to moje niepobożne życzenie), zwłaszcza że patosowi wciąż oddaje cześć i chwałę wprost – w wierszach, w tych wierszach. Niemniej z całego nurtu – nazwijmy go na potrzeby mniej politycznych klasyfikacji: klasycyzmu historycznego – broni się najlepiej: warsztatem i ironią, od której rzekomo stroni, ale moim skromnym okazuje się, że nie zawsze. Ćwiczenia duchowne nie mają nic z wprawek, to świadoma propozycja autora, którego pewna część tak zwanego nowego establishmentu poetyckiego obwołuje niemalże poetą narodowym. Już dość długo udaje mu się nie spaść z tego sztucznego piedestału – i to jest nawet większy sukces. Jednakże przydałoby się jakieś nowe paliwo dla tej poetyki, jakaś piękna katastrofa. I, wbrew pozorom, nie zamierzałem tu nikogo obrazić.

Nie bez przyczyny wspomnę również o wydanych przez Dom Literatury w Łodzi męskich pozycjach niedebiutanckich: miejsko-nostalgicznym Suplemencie Leszka Engelkinga, filozoficzno-kontestacyjnej Śrubie Archimedesa Piotra Gajdy, przebojowo-hasłowym Rezonansie Krzysztofa Gryki, sielankowo-urlopowym Stojąc na jednej nodze Przemysława Owczarka oraz antropologiczno-gawędzarskich MITYfikacjach Tytusa Żalgirdasa, czyli Olgerda Dziechciarza (autor mi wybaczy to zdemaskowanie). Niech wybrzmią w tym zestawieniu po jasnej stronie mocy, niezależnie od ciemnych stron przekazu, jaki ze sobą niosą. Na tyle pozwala mi etyka.

Lista niewypałów nie będzie długa, skupię się na największych nazwiskach.

O Już otwarte Bohdana Zadury zdążyłem się wypowiedzieć niepochlebnie, jednocześnie żałując, że tak ważny dla mnie poeta tonie. Nie będę teraz podawał mu brzytwy (przepraszam, że tak dosłownie inspiruję się gagami z najnowszej książki autora), tylko grzecznie wrócę do czytania jego wierszy zebranych.

Nad Mów Sławomira Elsnera też już nie będę się więcej pastwił. Nic z niczego w niczym, i nie ma w tym żadnej znaczącej pustki. To chyba największe poetyckie rozczarowanie nie tylko zeszłego roku, ale może nawet i całej dekady, kiedy autor Antypodów – jak się okazuje: słusznie – milczał.

Najbardziej wynudziłem się podczas czytania Liter Tomasza Różyckiego. Prawie setka wierszy, skrojonych na podobną miarę, coraz bardziej dostojnych i „zagajewskich”. Autor na spotkaniach, promujących poprzednie książki, mówił, że dąży do trzycyfrowej liczby tekstów w jednym, premierowym zbiorze. I jeśli jedynie o to chodziło, to rzeczywiście – jest najbliżej. Tylko dlaczego jeszcze mamy to czytać? Droga krzyżowa, choć praktycznie nic tu nie ma o stacjach. Śpieszmy się czytać neoklasycystów, tak szybko sztywnieją i się sypią.

Po kolejnych, słusznych nagrodach literackich Jacek Podsiadło poszedł za ciosem. I sam się znokautował. Włos Bregueta staje w gardle, wchodzi między zęby i pozostawia na języku raczej niesmak. Dwadzieścia kilka wysilonych wierszy, w których pojawiają się analogiczne motywy oraz pomysły leksykalne i metaforyczne. Jakby kilka dobrych wierszy rozmnażało się przez pączkowanie, by w jakiś sposób wypełnić książkę kolejnymi. Taki rodzaj odcinania kuponów od bogatej i – zwłaszcza ostatnio – bardzo różnorodnej twórczości. Zwykle nierównej, pełnej kiksów i podejrzanych rozwiązań, niemniej – na przestrzeni całych książek – zwykle mającej swój urok, niosącej ze sobą rodzaj sowizdrzalskiej rewolucyjności, taki punk rock a cappella. Teraz to nie wyszło. Jak sam autor opowiada na spotkaniach autorskich, za sprawą i życzliwą namową Pawła Próchniaka napisał tę książkę niejako drugi raz. Niemniej jeśli taki efekt przyniosła tak daleko posunięta autocenzura, to wolę nie wiedzieć, jak ta książka wyglądała w pierwszej wersji.

Wiersze Wojciecha Wencla poległy w katastrofie poetyckiej. Tutaj nie może być mowy o locie, ba, nie może być również mowy o nielocie. Epigonia ma przestrzelone skrzydła – pozwolę sobie podsumować, korzystając z patetycznej metaforyki sztywnego tomu w sztywnej oprawie. I nawet nadmiar posmoleńskich dywagacji z pełnym zniczy Krakowskim Przedmieściem w tle nie wyróżnia się szczególnie negatywnie (choć, oczywiście, nie brakuje tu elementów atmosfery spisku). Podziwiam krytyków, towarzyszących podobnym niedolom, w rodzaju Wojciecha Kudyby, którzy muszą się nieźle nagimnastykować, by chwalić podobne tendencyjno-patetyczno-kiczowate produkcje, kreując nowe kategorie krytyczne typu „poeta wyklęty”. Jak najbardziej zresztą pasujące do obrazu polskiej poezji, stawiającej na nieśmiertelne (choć nieżywe) toposy: używając tego języka – tak, wyklęciu podlegają słabe wiersze, ich „słuszność” nie ma tu nic do rzeczy. Brak wątpliwości w poezji nie buduje pewności, tylko tworzy bardzo przyjazne fundamenty dla grafomanii. Niezależnie od kalkulacji – suma zawsze będzie zerowa.

Na koniec – rzecz osobliwa – Rzeki Portugalii Janusza Drzewuckiego. To jest ewenement na skalę co najmniej Trójkąta Wyszechradzkiego albo trójkąta bermudzkiego: poeta, któremu w literaturze względnie udaje się bardzo wiele, tylko nie wiersze, właśnie te ostatnie publikuje wszędzie. I ciągle wydaje. Tylko jako poeta czy redaktor działu z wierszami prestiżowej „Twórczości”? – pytają złośliwi. Jego najnowsza książka składa się z notatek-wyliczanek, zapisywanych w wąskich słupkach. Byłem tu, tu i tu. Widziałem to, to i to. O, i jeszcze to. Fajnie, nie? Mogę tak w nieskończoność, a wy to i tak gdzieś puścicie. Może właśnie autor robi to celowo (bo tak!), by demaskować słabości środowiska opartego na pozaliterackich relacjach? Tym bardziej podziwiam jego konsekwencję.

 

***

I co do tego wszystkiego ma tytuł? – zapytacie, podejrzliwie, jeśli jeszcze na tym wszystkim nie położyliście laski. Dawno nie byłem tak szczery. Darek Foks dodałby superbohatera: Co mam do tego wszystkiego? – zapytał tytuł. Mariusz Grzebalski nie miałby złudzeń: Mówię, jak jest. A Andrzej Sosnowski skwitowałby brak efektu w rytmie małej mantry: Tytuł i tekst w różnych stały domach. Gdy jeden wyszedł, drugi nie wrócił. I to jest mocny Akcent, przez A, na miarę Zenka. Czy we wszystkim musi być jakiś haczyk, podtekst, intryga czy telenowela? Czy nie możemy po prostu poskakać?

 

***

[Piotrowi Gajdzie dziękuję za pomoc redakcyjną].

Czytaj również