Przewrót albo przewróć się i leż. O prawdzie

Drukuj

Czasy są niepamiętne, ale pamięć niepodważalnie narasta. A wraz z pamięcią do naszych drzwi coraz głośniej puka prawda. Prawda czasu, prawda ekranu, najbardziej złowieszcza prawda historii i rozczarowująca prawda egzystencji, zwłaszcza tej wiecznej i ontologicznie niepodważalnej. Jeszcze jedna pojawi się w tym tekście. A także, anegdotycznie, pomniejsze, bo bracia pomniejsi wymagają szczególnej uwagi, ponieważ nikt inny prawdopodobnie o nich nie zadba. Misz-masz dla wtajemniczonych? Nazywajcie to, jak chcecie, czytajcie w duchu indywidualnej prawdy.

Od niepamiętnych czasów Polakom najbardziej udawały się bezkrwawe przewroty i tak zwana działalność konspiracyjna; bezpośrednie konfrontacje przeważnie kończyły się rzezią (ciekawe na ile Roman Polański miał to na uwadze w kontekście jednego ze swoich filmów?). Martyrologia dominuje w życiu prywatnym i publicznym. Z jednej strony pojawia się – na dłuższą metę błędne – rozumienie honoru, z drugiej – fałszywe już na krótką metę – rozumienie wolności (o tym szerzej w innym tekście). Od niepamiętnych czasów również opozycja nie może być konstruktywna, ponieważ boi się, że tak zwany ruchomy elektorat (mniej więcej dwie piąte zainteresowanych wyborami) pomyli ich pomysły z pomysłami rządzących i zagłosuje na niewłaściwy komitet. Dlatego wymyśla różnego rodzaju akcje i podchody, żeby w sposób możliwie najbardziej spektakularny, a jednocześnie łatwy do przetworzenia przez nieszczególnie myślącego i znającego się na polityce Nowaka, Kowalskiego lub Wiśniewskiego (z góry przepraszam, że znowu posługuję się statystyką), uderzyć we władzę i ją skompromitować. Wprowadzić w życie realia kolorowych tygodników, kipiących od plotek i skandali, bo przecież to one dzielnie znoszą spadek czytelnictwa, a więc stanowią punkt odniesienia w wyznaczeniu poziomu debaty zaadresowanej do potrafiących czytać i pisać wyborców.

***

Polacy nauczyli się mierzyć z poważniejszymi problemami na dwa sposoby: albo organizując przemarsze i manifestacje (zdecydowanie pokojowe, niezależnie od angażowania do ich ochrony różnego rodzaju najemników – vide słynna sprawa założenia zbrojowni na rogu Świętokrzyskiej i Nowego Światu), albo badając sprawę komisyjnie, powołując ekspertów i teoretyków, debatujących nad najbardziej błahymi szczegółami wiekopomnych (w rozumieniu zainteresowanej części ogółu; na marginesie trzeba oddać honor dwóm piątym społeczeństwa polskiego, statystycznie niezainteresowanym niczym) wydarzeń, afer, klęsk żywiołowych, wypadków, zamachów, zastraszeń i nadużywania kompetencji (ten ostatni punkt jest szczególnie obecny, tym bardziej gdy immunitet poselski pozwala domniemywać, że osoba będąca u władzy będzie z niej nadmiernie czerpać, ponieważ i tak uniknie bezwzględnie słusznej kary).

***

Komisje już ruszyły, pojawili się różnej maści specjaliści od poziomów lotu, teorii wielkich wybuchów i magicznych właściwości brzóz (pamiętacie złowieszcze 666 centymetrów, na wysokości których złamała się ta najsłynniejsza?). Niemniej zdecydowanie ciekawszy jest ruch oddolny, który ewoluował w ogólnopolski bunt na miarę Solidarności bis, tyle że pozbawiony konstruktywnych postulatów, zakodowany w sprzeciwie dla zasady. Czyli jakie czasy, taka Solidarność. Zresztą przecież o to chodzi przeciętnemu wyborcy: głosuje „przeciw”, nie „za”, lubi, gdy celebrycie (a politycy, przynajmniej ci najgłośniejsi, niewątpliwie osiągają taki status) powinie się noga i podwinie spódnica, a spod niej będzie wyzierać jakaś wstydliwa i kompromitująca tajemnica.

***

Na manifestacjach przemawiają wszyscy i o wszystkim, w pierwszych rzędach lansują się czołowi przegrani poprzednich wyborów i inne rozpoznawalne białe twarze. Prawda czasu miesza się z prawdą ekranu, prawda historii zatacza koło i ląduje na drzewie, coraz wyraźniej do głosu dochodzi najpowszechniejsza – choć, zgodnie z zasadami coraz bardziej efemerycznej i oderwanej od rzeczywistości poprawności politycznej, oficjalnie omijana – gówno-prawda; ten wirus polskości, pokutujący w rozliczeniach narodowych win, przemilczeń i zaniechań, z powodu którego historia jawi się ogółowi albo w żałobie, albo w świętości i chwale, w czerni i bieli: skoro wyolbrzymia się wielkość, dla równowagi dobrze też hiperbolizować małość. Albo po prostu – pomijając dziejową i społeczną sprawiedliwość – w ogóle można ją hiperbolizować, skoro praktyka zadawania pytań w tym kraju wymaga udzielania jednoznacznych i mocnych odpowiedzi.

***

Tutaj, paradoksalnie, chciałbym zwrócić uwagę na jednoznaczną postawę Razem, ugrupowania odcinającego się od zbiorowej histerii beneficjentów poprzednich rządów, ginących w szarej masie identycznych protestów. Przecież tylko konstruktywne działania mają szansę doprowadzić do zmian, a takie wynikać mogą ze ściśle określonych ram światopoglądowych, sprecyzowanych programów i pomysłów na reformy i modernizację. OK., rozumiem, że w tym kraju brzmi to utopijnie, ponieważ niezadowolonym (czyli zwykle większości) wystarczą impulsy wysyłane znikąd donikąd. Jednak obrona demokracji w formie podważania fundamentów jej funkcjonowania to kolejny przykład narodowej hipokryzji, z której nie możemy wyleczyć się od wieków, bo zawsze cel uświęca środki, a działania usprawiedliwia bezkrwawość i dyplomacja. Zamiast straszyć „wyprowadzaniem ludzi na ulicę”, tracić nerwy i gimnastykować emocje, niepokoić papierowymi protestami organy UE, można usiąść i porozmawiać, choćby do kolejnego Okrągłego Stołu była potrzebna kolejna Magdalenka (pomijając kwestie typowych dla tego kraju podwójnych standardów; pierwsza, jak widać, okazała się skuteczna). Spokojnie i poważnie. Tak. I już słyszę te głosy, rodem z kolejnego zbiorowego delirium tremens: „Z obecną władza nie da się rozmawiać!”. A czy z PRL-owską się, teoretycznie, dało? Analogicznie w kwestii interpretacji artykułów Konstytucji, którą oponenci nowej władzy zasłaniają się w kontekście konkretów. Rzeczywiście, ogólność sprzeciwu jest zasadnicza jak ta ustawa.

***

Teraz konkretny skrót wiadomości z kraju. Ktoś gwizdał podczas ceremonii wręczenia medali Mistrzostw Europy w Piłce Ręcznej Mężczyzn. Prawdziwi mężczyźni jednak w takich sytuacjach nie gwiżdżą. Oponenci nowego rządu podejrzewają, że tego rodzaju niemęskie zachowania wywołała (też mało kobieca) premier(ka). Niezależni PeeL winą obarczają Niemców – i już pół Internetu zastanawia się, jak odróżnić gwizdy polskie od niemieckich i czy istnieje możliwość zidentyfikowania na przykład rosyjskiego sapania. Co w niedalekiej przyszłości może być bardzo brzemienne w skutkach. A problem pogłębia przecież jeszcze istnienie tzw. ukrytej opcji niemieckiej. Najpierw zdominowała najnowocześniejszą i najgłośniej krzyczącą część opozycji (szydzą złośliwi i uprzedzeni). Później doprowadziła do finału naszych zachodnich sąsiadów (vide skandal w półfinale z Norwegią). Może akurat dawała sobie tajne znaki? Przypadek? Sąd wszystkim sądom. (Napisałem: sadom i przestraszyłem się jawnej opcji rosyjskiej, przeciwko której – na Woodstocku 2014 –krzyczeliśmy, sterowani mocą głośników ze sceny, „Pieprzyć Putina!”).

***

Historia nauki to jedna wielka ucieczka przed siłą religii, a na drugim miejscu – usprawiedliwianiem przemocy. I wszystko pięknie się składa, dopóki nie zaczynasz wgłębiać się w tak zwane artykuły naukowe, zwłaszcza w dziedzinie szeroko rozumianej (ale idiomatycznie, bo praktycznie często wąsko i tendencyjnie) humanistyki. Może się okazać, że – zgodnie z powszechną opinią społeczeństwa, a zwłaszcza z tą jego częścią, która wytwarza PKB, a więc pracuje w tak zwanym biznesie i usługach – badania prowadzone w jej ramach nie prowadzą nawet do wniosków istotnych na poziomie teorii (nikt przecież nie będzie podejrzewał humanistyki o praktyczność, tym bardziej w Polsce). Produkcja referatów trwa w najlepsze, tyle że w każdej innej gałęzi gospodarki taki procent fejków spotkałby się ze stanowczą reakcją góry. W tym przypadku nie ma kto interweniować, ponieważ góra robi dokładnie to samo. Z większą premedytacją. Taki system, państwo teorii w państwie i tak braku praktyki. Czy to głównie dlatego polska humanistyka praktycznie (słowo-klucz) nie istnieje poza granicami RP? Ale to tylko luźne spostrzeżenie na marginesie, przypis harvardzki, któremu ktoś nieżyczliwy podprowadził nawiasy.

***

Pozostaje jeszcze domniemana kwestia szerszej i bogatszej rewitalizacji miasta Łodzi. Internet bulwersował się tym faktem na przełomie stycznia i lutego bieżącego roku. Rzekomo reżimowa partia odebrała upadającemu miastu pieniądze na ratowanie zawalających się budynków. Tymczasem prawda nie leży nawet pośrodku. Łódź otrzyma dokładnie tyle pieniędzy, ile miała otrzymać. Po prostu opozycyjna Małgorzata Niemczyk zaserwowała poprawkę „pod publiczkę”, która i tak musiała wylądować na aucie. W już przegranym secie, z czego zdawała sobie sprawę. Niemniej jej antyreżimowa partia wykorzystała ten fakt do walki politycznej na tyle tendencyjnie, że aż zareagowała jeszcze bardziej antyreżimowa gazeta. Sprzeciw w sprzeciwie w związku ze sprzeciwem. „Nie” sprzedaje się w coraz wyższym nakładzie.

***

Na koniec rzecz o zaniechaniach w dziedzinie prawdy o literaturze, a może kategorii prawdy w ogóle? W jednym z łódzkich antykwariatów znalazłem Poemat o mówieniu prawdy Dawida Junga, wydawcy i wziętego śpiewaka operowego (tyle że w tym drugim przypadku przez fał). Książkę, którą wydał w ramach prowadzonej przez siebie serii „Zeszytów Poetyckich” w Gnieźnie, w roku 2014, a która przepadła recenzencko i czytelniczo, jak wieść gminna głosi – z powodu zaniedbań promocyjnych. A szkoda, bo to rzadki w polskiej poezji najnowszej przykład udanego (a momentami bardzo udanego) mariażu neoklasycyzmu z postmodernizmem: począwszy od trawestacji utworów dawnych, poprzez polifonię głosów z różnych epok, po wiersze konkretne, w tym Scrabble (czy można mówić o lokowaniu produktu, gdy publikacji nie towarzyszy nawet najmniej wyraźny cień marketingu?). Podobny gest wykonała może tylko Agnieszka Kuciak, już ponad dziesięć lat temu (Dalekie kraje. Antologia poetów nieistniejących, Znak, Kraków 2005), tworząc armię heteronimów na potrzeby zbudowania wielopłaszczyznowego dialogu między wierszami i, nazwijmy to w uproszczeniu, postawami życiowymi podmiotów lirycznych. Po czym, jako poetka dla dorosłych, zamilkła. Czy każdy konkretniejszy i ambitniejszy projekt w tym kraju musi przepaść bez wieści? Czy, rozważając poprzednie zdanie, dalej rozmawiamy o braku literatury? Jaka prawda nas ominęła?

***

Dziękuję za uwagę. Więcej grzechów nie pamiętam, od kiedy samo pojęcie grzechu jest mi prawdziwie obce.

Czytaj również
  • Draco Volantus

    spoko kumate nawet