Pracoholizm. Manifest lenia

Drukuj

Trzy noce nad wnioskami i rozliczeniami dotacji, dwa tygodnie przy zaległych tekstach, notkach i recenzjach, godziny uzupełniania tabelek w związku z książkami, prowadzoną księgarnią, sprzedażą i rozdawnictwem wysyłkowym. Nie wspominając o redakcjach, korektach i obsługiwaniu (lub spławianiu) przeróżnych petentów – od niedoszłych laureatów konkursów, poprzez potencjalnych bywalców imprez, po natrętów literackich, paranoidalnych roszczeniowców z pogranicza świata kultury i choroby niekoniecznie zawodowej. Moje hasło na teraz brzmi: dość!

Takie są realia: nic mi się nie chce, a im bardziej dotyczy mnie taki stan, tym więcej pracuję. Z jednej strony dystans bardzo pomaga w ułożeniu sobie relacji zawodowych i prywatnych ze współpracownikami, z drugiej – i tak nie wystarcza, by czasem zwyczajnie na nich nie pokrzyczeć, nie zbuntować się przeciwko całemu światu i jak rozpieszczona piętnastka strzelić focha stąd do następnej instytucji kultury, najlepiej w taki sposób, by o tym usłyszała. I tak gospodarka na tym nie ucierpi, bo przecież niczego nie zyskiwała, gdy – dbając o wszystkie deadline’y – produkowałem niewycenialne, a więc pozarynkowe, dobra kulturalne. A jeśli położyłem terminowość świadczenia usług w tym sektorze, zauważała to zainteresowana garstka, głównie współautorzy projektu i ich rodziny, ewentualnie koledzy. Jeśli akurat nie byli na etapie obrażania się lub zazdroszczenia.

Ale nie o tym, nie o tym. Dlaczego pracoholizm jest tak blisko pospolitego lenistwa? I czy „pospolity” to dobre określenie dla najbardziej twórczego stanu, w jaki może się wprowadzić organizm ludzki? Świat przyspieszył, to truizm. Brakuje nam czasu na oddawanie się typowemu odpoczynkowi, to kolejny truizm. Odpoczywamy coraz bardziej „konstruktywnie”, w przerwach między coraz szybszymi i bardziej wymagającymi pracami, czyli nie odpoczywamy wcale – to znowu truizm, przynajmniej biorąc pod uwagę warstwę w tym kraju choć odrobinę myślącą, nie wspominając o tej tworzącej (nie mylić z wytwarzającą). Do trzech truizmów sztuka? Wiele imiesłowów na nic, jeśli rzucić to wszystko w cholerę. Albo pokazać, jak to powinno działać, by potencjał (nie tylko twórczy) się nie zmarnował.

Ale po kolei. Dlaczego nie spojrzeć prawdzie w oczy i nie zmierzyć się z odwiecznym marzeniem ludzkości: odizolować się od wszystkiego i oddać błogiemu nicnierobieniu? Przecież to proste i nad wyraz osiągalne dla każdego: zatrzymać się i trwać w miejscu, co najwyżej przewracając się z boku na bok, ewentualnie sięgając po szklankę przy łóżku (dobrze, żeby napełniała się sama, ale to już w rękach naszych życiowych partnerów, tudzież – jeśli jesteśmy hipsterami – rodziców).

Najwybitniejsze jednostki charakteryzowały się przede wszystkim tym, że wiedziały, kiedy myśleć, a kiedy myślenie, dla efektywniejszego nim gospodarowania, wyłączyć. Dopiero solidna dawka pospolitego i bezczelnego lenistwa daje intelektualny podkład pod twórcze przekształcanie rzeczywistości. I nie mówię tu tylko o szeroko rozumianej kulturze, czyli tworzeniu abstrakcji. To nawet działa na poziomie mocno skomercjalizowanych mechanizmów, dźwigających gospodarki z kolejnych kryzysów.

Działanie takiego systemu teoretycznie jest proste. Co więcej, przez naukowców badających pomysłowość i wynalazczość ludzkości – pochwalane jako sprawdzone. Tak, okresy całkowitego wyciszenia intelektualnego sprzyjają wzmożonej działalności intelektualnej po takich przerwach. I to bynajmniej nie w systemie 2+5, jaki wymusza typowy tydzień pracy. A w jakim? Możliwe, że i 2+5, odwrotnym od narzuconego. Tylko możemy sobie tu gdybać w skali całej gospodarki, kiedy – choć trochę ciszej i z pewną dozą nieśmiałości – mówimy tu o działalności pozarynkowej. Kogo to może w ogóle interesować?

Kto się pochyli nad artystą, który akurat nie zdobył grantu na swoje fanaberie i umiera na etacie lub innej umowie śmieciowej w miejscu, które nie daje mu twórczego paliwa? A poeta-ochroniarz, akurat oddelegowany do pilnowania płotu z firmowym walkie-talkie, aby nie miał pretekstu do używania komórki (w której, po zresetowaniu myślenia, mógłby i coś zapisać)? Już nie wspominając o młodym malarzu, zasuwającym na dwie zmiany, byle zarobić na materiały – kiedy boska iskra ma w nim spowodować pożar? I mogę tak w nieskończoność, dopóki starczy mi dziedzin i metafor, ponieważ, w wielkim szczęściu terminowania w instytucji zwykle nieczynnej w weekendy, po na wstępie wypomnianym sajgonie pod koniec zeszłego roku, radośnie opieprzałem się przez cały weekend. Coś udało mi się dzięki temu napisać? Ten tekst, od połowy, tej bardziej błyskotliwej.

Dlatego wszystkim tworzącym (nie wytwarzającym, co kolejny raz wolę podkreślić) życzę, żeby mogli sobie, kiedy trzeba, odpuszczać, aby, jadąc na oparach, nie odwalali artystycznej fuszerki. Jak na przykład niżej podpisany na początku grudnia.

***

Wszystkich, wobec których mam pisarskie zobowiązania, pragnę uspokoić – właśnie rozpoczynam „Noc z tekstem”, a natchnienie nie daje mi spać i aż mnie rozrywa.

Czytaj również