O tym jak poszedłem na wybory i wygrałem

Drukuj

Tej nocy cały kraj żyje wyborami. Trwa wielkie liczenie. Sukces ma brata bliźniaka, porażka brzęczy jak źle dobrana mucha. W tych mało sprzyjających okolicznościach przyrody pozwolę sobie zorganizować inne wybory, bliższe mojemu sercu i duszy (jeśli istnieje). I sam wezmę w nich udział. I wygram.

Srebrne gody trzeciej erpe stanowią doskonały pretekst do tworzenia różnego rodzaju rankingów i podsumowań, nawet jeśli chodzi o literaturę. Mnie akurat interesuje konkretnie poezja, jej ostatnie 25 lat.

I mogę tutaj sięgnąć po komunały: że jej rola i ranga drastycznie się zmniejszyły (i zmniejszają dalej), bo – przy braku określonego wroga systemowego i rozwoju śmietnika internetu – wiersze nie mają przeciw czemu się buntować (bo czy poważnie traktujemy papierowy bunt antykapitalistyczny poetów czerpiących profity z funkcjonowania w gospodarce wolnorynkowej, również z racji statusu majątkowego ich rodziców?) i znikają w oczywistości, opiewaniu nudnej rzeczywistości młodego (ciałem lub duchem) człowieka, uwikłanego w środowiskowe pajęczyny zależności, romansów, używek i innych niesnasek (na marginesie: po wyjęciu ości zostaje pustka). Już nie wspominając o opisówkach z cyklu „co mam na biurku” lub „widok z okna” lub żalach anonimowych melancholików typu „nie wiem dlaczego, ale jest mi źle i będzie mi źle, bo taka postawa sprawia, że mogę pisać”.

I, jak widać, sięgam po komunały, ale istotniejszy jest tutaj dla mnie szerszy kontekst, to jest historia literatury. Precyzyjnie postawione pytanie brzmi: którzy z autorów, debiutujących już w trzeciej erpe, przejdą do historii literatury? I obok dopisek: odpowiedź uzasadnij, podając przykłady w odniesieniu do konkretnych postaw, zjawisk i wydarzeń z lat 1989–2014. Czyżby więc chodziło mi o poezję czynu w ujęciu ponadczasowym, co brzmi jeszcze bardziej patetycznie? Spokojnie, to tylko wstępne założenia, w których zmieści się i wiersz diagnozujący rzeczywistość, i jej równoległe bądź prostopadłe reminescencje, odbicia i odpryski, również na poziomie metaforycznym i całkowicie abstrakcyjnym.

Ile nazwisk mogę wybrać? Ile chcę. Ile mogę. Jakie są kryteria? Jak wyżej, ale traktowane wybiórczo i subiektywnie. Daję sobie pełne prawo do ich zmiany i polemiki z ich wytycznymi, jak również do zmiany zdania i poglądów na przestrzeni wywodu. Rozmawiamy o poezji, a ta – rozumiana opatrznie – ma szczęście być ponad politycznymi i gospodarczymi podziałami.

Czy w ogóle jest ktoś, od kogo można zacząć, kto jako lider poprowadziłby nowy kanon? Zakładamy, że poezja będzie w jakiś sposób istotna, nie tylko jako rodzaj literacki; założenie to naiwnie roszczeniowe, ale bez niego taki kanon nie miałby racji bytu.

Jest taki ktoś. Nazywa się Marcin Świetlicki i mieści w wielu kontekstach. Ba, kontekstów dla jego wierszy dostarcza rzeczywistość, choćby zmieniała się bardzo dynamicznie. Od sfery sacrum (vide wiersze religijne autora Schizmy w wyborze Wojciecha Bonowicza) do profanum (moje próby antologii około gender na łamach „8. Arkusza Odry”, w której lekką ręką zamieściłem siedemnaście wierszy autora Trzeciej połowy, najwięcej spośród antologizowanych), od historii literatury (Mickiewicz!) po historię codzienności (przykłady zbędne, wystarczy wpisać w Google „Świetlicki, wiersze”). I tak mogę tworzyć niemalże dowolne przedziały, w których ta twórczość będzie się mieścić, a jednocześnie wychodzić ponad nie i w nieoczywisty sposób mówić o nienazwanym, a  już nazwane nazywać i definiować na nowo.

Czasami wręcz zastanawiam się, czy to nie przypadkiem sprytna hochsztaplerka – taki sposób konstruowania wypowiedzi poetyckiej, który wykorzystuje gotowe, pojemne znaczeniowo elementy (żeby nie napisać – ogólniki) i nadużywa wielkich słów i pojęć w demitologizujących je kontekstach, zdaniach rodem z potocznej rozmowy dwóch przeciętnie inteligentnych mieszkańców Krakowa. Ale zaraz potem czytam jeszcze raz: „a wszystko to jest identycznie trwałe jak numer telefonu na pudełku zapałek” i nie mogę nie ufać tak trafnie i przewrotnie prowadzonemu wywodowi, który przy okazji staje się wierszem mogącym zafunkcjonować w szerszym kontekście dzięki dogranej do niego muzyce.

I przeraża mnie jedna rzecz: im więcej czytam książek (czy to wydanych czy planowanych) coraz młodszych poetów, tym duch Świetlickiego straszy w sposób pełniejszy i bardziej przekonywający. Jako ten, który zbliżył się do istoty rzeczy czy innej prawdy (wiem, jak to brzmi, dlatego w tym miejscu relatywnie przepraszam), nie potrzebując długich i okrągłych zdań naszpikowanych środkami artystycznymi. I dzieje się to już na poziomie najsłabszych wierszy z najsłabszych książek poety. Zgodnie ze starą czytelniczą maksymą: wolę poznać najgorsze utwory wybitnego pisarza niż najlepsze przeciętnego.

Wygraliśmy, mamy więc lidera; kto następny? Jeżeli w ogóle ktoś. Ale o tym już podczas innej nocy, w następnej turze.

Czytaj również