O miłości własnej. Wyznania początkującego megalomana

Drukuj

Paulo Coelho napisałby wprost: jeśli nie jesteś szczęśliwy z samym sobą, nie będziesz szczęśliwy z nikim. I zgarnąłby, pełen szczęścia, kolejne tantiemy. Nie mogę powiedzieć, że miałby rację tylko wyjątkowo; pewne banały – czy to się podoba ambitnym i wnikliwym czytelnikom nudnej i interpretowanej w wielu kontekstach literatury, czy nie – są najbardziej praktycznymi zasadami, jakimi może się kierować człowiek myślący, choćby uważał się za nie wiadomo jakiego intelektualistę.

Pojechałem, co? Ale dlaczego miałem nie zacząć od Paula Coelho w kraju, który tak łatwo i w ciemno kupuje księgi kaznodziejek pokroju Olgi Tokarczuk czy Joanny Bator? Czy w jakiś sposób się różnią, oprócz tego, że jeszcze nie ilustrowały kalendarzy sentencjami wykrojonymi z ich wysokonakładowych pozycji? A, póki co, mają nad nim tę przewagę, że dały się nabrać również poważniejszym krytykom i jurorom-dawcom nagród, choć obecnie ich drogi powoli się rozchodzą: nad Wyspą łzą płacze większość dopingujących wcześniej Bator entuzjastów, nad Księgami Jakubowymi prawie wszyscy recenzujący Tokarczuk rozpływają się, jakby powstała wreszcie powieść na miarę symbolicznej Lalki, mimo błędów rzeczowych i fragmentów opisowych – cytuję za A.P., jednym ze sceptyków – niczym z Wikipedii.

Ale, ale. Istnieje też przecież tzw. rozrywka, do której zalicza się również literatura niższych lotów – i jako taka spełnia swoją rolę. Niezależnie od tego, na ile jest przereklamowana albo marketingowo i krytycznie dopieszczona. To także może być sposób na – w dłuższej perspektywie czasu – twórcze odmóżdżenie, wyczyszczenie myśli ze zbędnych izmów i postów.

Czyli – mimo że rozpocząłem od Coelho – uważam się za intelektualistę. I nie tylko lubię się (intelektualnie) wyłączyć z rzeczywistości, ale również czerpać satysfakcję z samego siebie. I to nie tylko w kontekstach związanych z przyjemnością cielesną (wnikliwi internauci zaraz mi wytkną zbliżone do hedonistycznych felietony), ale każdą inną, choćby wiązała się z całkowitym oderwaniem od świata i – mówiąc językiem filozoficznej przesady – własnego ja. Lubię pobyć sam, posłuchać muzyki, obejrzeć film, poczytać (tak, w takiej kolejności), a potem zagłębić się w egzystencji na sobie tylko znane sposoby. Pielęgnuję miłość własną i nie czuję się z tego powodu szczególnym egocentrykiem lub narcyzem. Raczej uważam, że to naturalna i pożądana kolej rzeczy – zamykać się w sobie, nie dopuszczając do siebie innych, gdy chce / ma się coś konstruktywnego osiągnąć.

Kiedy nie muszę pisać, czuję się spełniony. Kiedy nie muszę czytać, czuję się spełniony. Kiedy nie muszę powtarzać tego samego dwa razy, czuję się spełniony. Kiedy nikt nie dzwoni (nikt nie woła), jak wyżej, tyle że wolę pozostać niżej, w pozycji leżącej i gotowej na każdy brak. Brak, który leczy, o czym jeszcze wyżej (i – to wtręt dla wnikliwych czytelników – wcześniej).

Dlatego wszelkie komercyjne święta, podkreślające jakiekolwiek uczucia, chciałbym spędzić na kontemplacji ulubionych czterech ścian, zastawionych książkami, płytami i filmami, gdzie nie ma miejsca na dodatkowe osoby, rozsuwane kanapy i suto zastawione stoły. Choćbym nie znalazł zrozumienia u żony, zwłaszcza w pewne dni nastawionej na wzajemność. Cel uświęca środki, zwłaszcza gdy w grę wchodzą osoby szukające logicznego wyjaśnienia dla świętości. Ambitne, zdeterminowane i wolne.

Nie interesują mnie proste rozpoznania. Chcę – jak jeden z heteronimów Fernanda Pessoi – widzieć świat takim, jaki jest. Nie dorabiać ideologii do rzeczywistości, która w skali jeden do jednego spełnia oczekiwania moje i osób, pojawiających się w moim kręgu. Magicznym i całkowicie świeckim jednocześnie, w którym szkoda czasu na kreacjonistyczne dywagacje. Nie po to sam ewoluowałem, by się poddawać życzeniom rybek ze starych konserw.

Zresztą tak podpowiada logika. Kiedy oglądam filmy o większych wizjonerach, np. Zuckerbergu czy Jobsie, uderza identyczność dylematu, z jakim musieli się zmierzyć: albo rozwój siebie i doprowadzenie własnej wizji do perfekcji, albo współpraca z poszanowaniem konwencjonalnie rozumianych relacji międzyludzkich. Gdyby wybrali drugą opcję, nikt by za nich nie zaryzykował ani nie zbliżył się do nieosiągalnego. A tak, kosztem bliskich im osób, doszli do szczytu. Sami. Nie, nie po trupach, tylko bez emocjonalnej asekuracji. Takie ujęcie tematu nikogo nie wyklucza.

Zresztą to odwieczny model budowania bohatera, który – mówiąc szumnie, ale nie bez cienia ironii – ma zmieniać świat; czy to będzie Frodo, czy inny Harry Potter (dlaczego, w imię wyższego stopnia wtajemniczenia w twórczy odpoczynek, miałbym posiłkować się tylko Raskolnikowami?): żeby w ogóle przystąpić do działania, musi stracić / pozbyć się mistrza i opuścić współtowarzyszy, którzy potrzebni mu byli tylko w poszczególnych etapach misji. Jej integralną całość rozumie tylko on sam, więc ostatecznie może się z nią zmierzyć tylko w pojedynkę.

Nie twierdzę, że też tak zamierzam działać (jako początkujący megaloman dopiero badam ukształtowanie terenu, zwłaszcza tego grząskiego); ale dlaczego miałbym ryzykować, że ktoś zminimalizuje efekty mojego sukcesu (lub porażki)? Z tak błahego powodu, że w odpowiednim momencie nie potrafiłem wykazać się asertywnością i powiedzieć: temu panu / tej pani już dziękujemy. Wykonali swoje zadania, niech poszukają czegoś, co raz na zawsze podniesie ich życie do rangi indywidualnej przygody.

Tego szanownym państwu życzę z całego zakochanego we mnie mózgu (niewtajemniczonym przypominając, że serce to tylko pompa).

PS 1: Jeśli, oczywiście, mam osiągnąć jakiś spektakularny sukces (lub porażkę; jak mają mówić, niech mówią). Na wszelki wypadek będę w to sceptycznie wątpił.

PS 2: Żona właśnie powiedziała mi, że tym tekstem wykluczam się z grona niedupków. Jakbym miał się tym przejmować. A nie przejmuję się? Czy jest na sali kardiolog?

Czytaj również