Mój Zdzisław

Drukuj

Każdy, kto kiedykolwiek zetknął się ze Zdzisławem, mógł go mieć dla siebie. Ponieważ Zdzisław właśnie taki był: otwarty, towarzyski, jakby jego długo długie włosy układały się w napis „zapraszam”; bardziej cudzy niż własny, choć do bólu charakterystyczny i osobny jako postać i mistrz. Tak, to jedna z ostatnich osób, ulepionych z tej szlachetnej gliny, które namaszczały i wskazywały, a jednocześnie nie rościły sobie do niczego pretensji. I choćby nie dotrzymywały obietnic czy działały komuś z premedytacją na nerwy – robiły to w sposób niepozbawiony elegancji i klasy. „Chuj” w ich ustach brzmiał jak „kwiat”, „spierdalaj” nabierało mocy dobrej rady, która w perspektywie czasu okazywała się trafiona.

Ale mniejsza o słowa, nabierające znaczenia tylko w godnych ich ustach. Chcę opowiedzieć o moim Zdzisławie. Takim, który mnie zaczął kształtować, lecz nie dane mu było dokończyć tego procesu. Możliwe, że po prostu z mojej winy, że nie zasłużyłem na tego rodzaju całość. W końcu znaliśmy się ponad dziesięć lat. Wystarczająco długo, by się poznać; wystarczająco krótko, by się sobą nasycić.

Działaliśmy razem zawsze dla kogoś, jeśli coś robiłem dla siebie, on w tym nie uczestniczył. Zdzisław nie dbał o swój interes, zwłaszcza kiedy ktoś w jego otoczeniu potrzebował pomocy. Tonął w długach, ryzykował dobre imię i pozycję. Ale mało która rzeczywiście istotna inicjatywa: opozycyjna, literacka czy artystyczna – obywała się bez jego czynnego uczestnictwa, ba, jednej z kluczowych ról, bo do takich przede wszystkim był predysponowany. Nawet kiedy sprawiał wrażenie, że robi coś z doskoku, niejako przy okazji, zawsze znajdował się w centrum wydarzeń i wszystko wiedział. A jeśli czegoś nie wiedział, to wyczuwał. Intuicji, zresztą jak i długich i konkretnych włosów, mogła mu pozazdrościć niejedna kobieta.

Najbardziej rozkoszny był wtedy, gdy czegoś zapominał albo z sobie tylko znanych powodów drastycznie zmieniał zdanie. A gdy przypominaliśmy mu jego poprzednią opinię, dziwił się wręcz nieziemsko: Ja tak powiedziałem? Niemożliwe. Z tym samym uśmiechem bobasa, złapanego na gorącym uczynku.

Potrafił budować swój wizerunek. Często sam był autorem plotek na swój temat, również tych ocierających się o pomówienia czy zniesławienie. Ale jakakolwiek informacja, puszczona w mniej lub bardziej szeptany obieg, tylko dopełniała jego nietuzinkowy artystyczno-inteligencki image. Nie pracował na niego, to wydarzało się samoistnie, wynikało z jego charakteru i sposobu bycia, w których zderzały się sprzeczności, możliwe do pogodzenia tylko w ramach wyjątkowych osobowości.

Nie bał się eksperymentować z kolorami w ubiorze. Niektóre jego stroje wręcz przeszły do legendy. Jeszcze kilka lat temu, już podczas drugiej kadencji dyrektorskiej w Nowym, to on wylansował modę wśród zdecydowanie młodszych na kolorowe spodnie i marynarkę. Tłumaczył to w swoim stylu: Byłem w Amsterdamie. Widziałem tam starca, który nosi zielone spodnie. Skoro jakiś starzec się tak ubiera, to dlaczego ja mam nie nosić? Najbardziej upodobał sobie wiśniową marynarkę. Zakładał ją na premiery.

Zdzisław mógł prawie wszystko. To, co nie przystawało osobom o podobnym mandacie społecznego zaufania, Zdzisławowi uchodziło na sucho. W jednym roku pytał: Dlaczego do jury Bierezina nie zaprosimy Ewy Lipskiej? – by w następnym się bulwersować: Naprawdę chcecie zaprosić Ewę Lipską? Podczas swojego ostatniego Pulsu Literatury złorzeczył na projekt plakatu. Oczywiście do czasu. Gdy z żoną wychodzili jednego z ostatnich dni festiwalowych z Domu Literatury, ta pochwaliła pulsową grafikę. Prawda, że bardzo ładna? – przytaknął Zdzisław.

Kultowe wręcz były jego anegdoty: o inicjacjach intelektualnych i cielesnych, nocy poślubnej (wtajemniczeni mogą się uśmiechnąć z łzą w oku), nietuzinkowych wymiarach życia i twórczości Jacka Bierezina czy wspólnie z Krystyną Kwiatkowską (odeszła w roku 2005) planowanej podróży w kosmos, która teraz wreszcie może się wydarzyć. Zdzisław był dla nas również w intymnych historiach, upubliczniał się z wdziękiem i klasą, choć często poruszał tematy mało salonowe. Był blisko życia, od nadętego sacrum wolał profanum, choćby i nietrafione, ale powstałe na bazie eksperymentu. A do takich Zdzisław miał wiele cierpliwości pasji.

I jeszcze to jego szlachetne, językowe i sytuacyjne poczucie humoru. Siedzieliśmy kiedyś razem podczas festiwalu Łódź Czterech Kultur w Cafe Foto 102. Był rok Czesława Miłosza i przeglądałem ulotkę dotyczącą wydarzenia „Noc z Mistrzem”. Wolałbym z mistrzynią, powiedziałem. A ja z uczniem, odpowiedział.

Poznaliśmy się w maju 2005 roku. Po jednym ze spotkań literackich przejął się losem poetyckiego gołodupca, który o późniejszej godzinie nie ma już jak dojechać do domu na peryferiach, więc przenocował go we własnym. Tak, w odpowiednim, alkoholowo-onirycznym klimacie, poznałem jedno z bardziej kultowych mieszkań w kraju. Pij, postawię ci. Kiedyś ty będziesz stawiał młodszym, taka jest kolej rzeczy, powtarzał.

Cieszył się ogromnym szacunkiem tzw. środowiska. Jeżeli gdziekolwiek pojawiał się w charakterze jurora lub mentora, dane wydarzenie zyskiwało prestiż. Zresztą znamienny jest e-mail, wysłany przez jednego z niedocenionych w jednym z łódzkich konkursów literackich: Dlaczego mnie nie nominowaliście? Wy chuje, nie macie pojęcia o literaturze (słowa te dotyczą wszystkich jurorów oprócz Zdzisława Jaskuły, którego bardzo cenię i poważam). I dalej w tym stylu.

Ostatni raz widzieliśmy się we wrześniu. Nagrywaliśmy – z Jerzym Jarniewiczem – „Co do joty?„ dla „Arterii”. Zdzisław tryskał energią, dochodził do siebie po kolejnej chemii, ale miał jeszcze przed sobą tę decydującą. Mówił o niej spokojnie, jak o kolejnym rutynowym pobycie w szpitalu. Mimo że podczas poprzedniego stracił całą krew i prawie trzy tygodnie z bogatego życiorysu. Ale przecież właśnie wracał do życia: surowych warzyw i mięsa. Nawet coś napomknął o alkoholu, niemniej to był jedyny przypadek w historii tej rubryki w piśmie, byśmy nie otworzyli jakiejś porządnej butelki.

Chciał skomponować wielką antologię poezji łódzkiej, która odświeżyłaby zwłaszcza zapomnianych poetów, debiutujących w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, ale jednocześnie spróbowała ocalić przed zapomnieniem nasze pokolenie. Łódź nie miała szczęścia do krytyków literackich i animatorów życia literackiego. Miała szczęście do postaci takich jak Zdzisław: totalnych, działających w szeroko rozumianej kulturze ponad podziałami i dla ogólnego dobra.

Chciał zorganizować spotkanie Nowej Fali po latach. Miał wziąć udział w panelu poświęconemu osobie Rafała Wojaczka, w siedemdziesiątą rocznicę urodzin. Był na jego pogrzebie, teraz my go pożegnamy. W dzień zaduszny, choć Zdzisław był wbrew pozorom zbyt mocno stąpającym po ziemi człowiekiem, by wierzyć w rozmowy z duchami, choćby i pod postacią modlitwy. Jeżeli jakiekolwiek duchy były mu bliskie, musiało chodzić o ducha literatury i ducha teatru. Przesiąkł nimi do cna, a teraz stał się z nimi jednym.

Tak go chcę pamiętać: w działaniu, kreacji, środowiskowym dowcipie czy legendzie, ale i jako człowieka, który wpłynął na moje myślenie i dzięki któremu mogę napisać tych kilka słów, by mu podziękować. A przecież co najwyżej okiełznałem tu jego brodę, nie wchodząc w dialog z kluczowymi częściami ciała i ducha, nie dorastając mu do pięt. I choć moje są większe, nie czuję stabilności. Drepczę w miejscu.

Czytaj również