Kompromis braku

Drukuj

Miałem napisać o kompromisie. Dlaczego, mimo wszystko, jest potrzebny, a w obecnej rzeczywistości geotermalnej, za przeproszeniem, wręcz pożądany. Dlaczego hipokrytycznie będę się go domagał, niezależnie od słuszności różnego rodzaju czarnych protestów i innych, wciąż jakby czyhających poza głównym obiegiem, rewolucji. Dlaczego nie ma prawdy, ale jest kompromis i być może ponad wszelkie ambicje i wątpliwości. Żona z drugiego pokoju dość szybko sprowadziła mnie na ziemię: „Przecież ty nic nie wiesz o kompromisach”. Dlatego zamiast pisać o zjednoczonych stanach błogosławionych, napiszę o brakach. Ich identyfikacja jest fundamentalna dla zrozumienia sytuacji, w której dominują przepołowienia, sprzeczne interesy i inne pomysły na sortowanie realiów i ich definicji, o dzieleniu definiujących, jako oczywistej oczywistości, nie wspominając.

Wielbicieli twardego dyskursu ostrzegam, że będę upraszczał. Zresztą nie pierwszy raz. Z wielu powodów: od komunikatywności po wymuszoną medium bloga skrótowość. Zwolennicy wszechobecnych pojęć humanistycznych, gestów, pól i innych terminów, przegadujących stosunki polityczne i społeczne w tym kraju i odwracających uwagę od istoty realnych problemów, mogą sobie odpuścić ten tekst. Niemniej chętnie bym z nimi popolemizował, o ile znajdziemy wspólny język (w jakichś ustach), o ile nie oddali nas od siebie akademicka wyższość i publicystyczno-felietonistyczna niższość, i tak odbierana jako poza na potrzebę chwili.

Nie chcę sięgać do historii. Już za bardzo temu krajowi ciąży. Począwszy od nieszczęsnego chrztu. Jarosław Marek Rymkiewicz coś wyczuł, choć w swoich „dziejach dwóch Polsk” pochopnie i do bólu tendencyjnie ochrzcił dwa walczące obozy jako patriotów i zdrajców. Ale zostawmy neoromantyzm, do pokazania kierunku „rozpadu” wystarczy trochę nowożytności. Począwszy od, nomen omen, Solidarności, poprzez Okrągły Stół i Nocną Zmianę, niedoszłą lustrację i brutalną dekomunizację post factum oraz przygody krzyża w salach obrad i innych publicznych miejscach, po niezrealizowane plany i „popis” demokracji w 2005 roku. Smoleńsk, paradoksalnie, niewiele tutaj namieszał. Po prostu pojawił się nowy fundament pod jedną ze stron tego narastającego sporu, niebezpieczny jak każda religia. Ale, pozwolę sobie zaryzykować hipotezę, bez Smoleńska podział i tak by się pogłębiał, choć – możliwe – na mniej nawiedzonych zasadach, i tak znalazłyby się odpowiadające potrzebom dzielących się nowa ideologia i nowa martyrologia. To nasza narodowa specjalność. Marcin Świetlicki pisał (cytuję z pamięci): zawsze musi się pojawić „ta pierdolona husaria”. Z bułgarskim kolegą (Bułgaria ma jeszcze dłuższe tradycje zaborów i okupacji niż Polska, co jednak wolę zaznaczyć) zastanawialiśmy się, jakie jeszcze metafory są narodowo najbardziej komunikatywne i nośne. Dość szybko doszliśmy do porozumienia, został nam tylko Wyspiański: chochoł i złoty róg. Takie jest niezmywalne tło.

Ale do meritum. Już sam Okrągły Stół zapowiadał późniejsze różnice zdań. Solidarność była „porozumieniem ponad podziałami” (utopia truizmu), ale w wyniku sporego zaangażowania Kościoła katolickiego, wielu jej członków i beneficjentów postrzegało ją jako ruch w jakimś poważniejszym stopniu narodowo-katolicki. A już na pewno prawicowy, oczywiście w polskim rozumieniu, niezwiązanym z faktycznie prowadzoną polityką. (Zwłaszcza prawicowe i kościelne media lansowały taką wersję solidarnościowego zrywu; kościół czuł się mocno zaangażowany, w końcu przez lata był jedną z głównych ambon nielegalnej opozycji, niezależnie od własnych uwikłań i TW). Czar prysł, gdy „oficjalnie i publicznie” okazało się, jak wiele różnorodnych partii Solidarność wyprodukowała (a później – jak wiele „Solidarności”), jak wiele światopoglądów „skrywała”, wreszcie – jak trudno było stworzyć względnie stabilny rząd do 1993 roku, gdy na tym misz-maszu i bałaganie skorzystali tak zwani post-komuniści (dlaczego w tym kraju podziały polityczne również muszą przybierać wymiar historyczno-mityczny, ze szczególnym uwzględnieniem „grzechów” przodków, ojców żydomasonów i dziadków w Wehrmachcie?).

I można tak snuć te rozważania, zastanawiać się nad problemem lustracji, dekomunizacji tudzież innych, mniej lub bardziej słusznych, rozliczeń poprzedniego systemu (czy już wstępnych obecnego, o ile jakiś jest) i nawet chwalić polską demokrację – w końcu oprócz lat 2005–07 wszystkie rządy przetrwały całe lub prawie całe kadencje. Ba, nawet wprowadziły sensowne reformy (temat-rzeka, który pozwolę sobie zostawić na inne okazje, niekoniecznie moje) i niewiele bezsensownych podatków (vide ten Belki, a obecnie jeszcze choćby turystyczny). Tylko co wynika z tak zarysowanej perspektywy? Okrągły Stół, bezsprzecznie symbol zmian, zwłaszcza ustrojowych, okazał się kompromisowy na bardzo krótką metę. W sumie, przyspieszając te dywagacje – na czas prowadzenia rozmów, również w mitycznie oczernianej Magdalence. Potem już tylko wylewały się, mniej lub bardziej metaforycznie, ustrojowe płyny. Abstrahuję od teorii spiskowych i potencjalnych układów „uwłaszczeniowych”, wkładania interesów w nowe sprawy.

Brak popisowej koalicji w 2005 to nie efekt wygrania mniej ugodowego PiS-u z bardziej ugodową Platformą. Przy odwrotnym wyniku wyborów byłoby analogicznie. Tak samo przy Donaldzie Tusku w Pałacu Prezydenckim 12 lat temu. U bardziej światłej (niesmoleńskiej i antyradiomaryjnej) części społeczeństwa powstało przekonanie, że Tusk i Kaczyński są jak dobry i zły policjant. I tylko między nimi coś się na polskiej scenie politycznej rozgrywa. Tymczasem to zbyt duże i zbyt krzywdzące dla pozostałych ugrupowań partyjnych i ruchów społecznych, które mogą przeobrazić się w partie, uproszczenie. To raczej odbicia lustrzane tego samego demona polskości, tyle że jedno bardziej dba o piar, a drugie o sobie tylko znaną najprawdziwszą prawdę. Po pluralistycznych sondażach a.d. 2016, w których do głosu dochodziły i inne ugrupowania, wystarczyło spięcie na szczycie (unijnym) Tusk – Kaczyński, by wszystko wróciło do przedwyborczej normy. Braku kompromisu. Sztucznej dwupartyjności (swoistej parodii USA), która pochłania cały wachlarz różnorodności poglądów potencjalnych wyborców. Zwolennicy jednej i drugiej strony, czyli – mniej więcej – dwie trzecie głosujących, nie patrzą na efekty władzy i niespełnione obietnice. Zajmują stanowisko w z góry narzuconym sporze, jakby nie było innych ofert współpracy. I to często nie „za”, a „przeciw” drugiej opcji. W tym kraju to również wielowiekowa tradycja, suto zakrapiana (często bezsensownie przelewaną) krwią.

Nie wspominam nawet o szaleńczych deklaracjach ze strony dzisiejszej opozycji parlamentarnej o wspólnej polityce, nie wspominam o innych wielkich ruchach, które powoli pokazują małość ludzi, którzy się w nich zakodowali. Kody na nieśmiertelność polskości najczęściej okazują się zbyt tanimi chwytami, jak na oszukanie tak rozbudowanej i jednocześnie pociętej rzeczywistości. To na dłuższą metę roszczeniowe wykorzystywanie symboli i powtarzanie tracących na znaczeniu gestów z przeszłości. Te wszystkie KOD–KOR-y, Dziewuchy Walczące czy Poeci Wyklęci i inne mgły (o mgle piszę najmniej, bo jak się przekonałem, w niej kryje się najwięcej rodzimych demonów, toposów i innych zmaz nocnych, obecnie najgroźniejszych, bo panoszących się), nie wspominając o licznych wariacjach na temat najbardziej polskiego z polskich – krzyża. Zbiorowa pamięć zatrzymała się na poziomie symbolicznym, a realne treści pojawiają się tylko w odniesieniu do zagadnień z punktu widzenia kraju zastępczych, poczynając od wręcz przysłowiowej aborcji. Nigdzie indziej takie tematy nie wywołują tylu emocji (w końcu i w reżimach islamskich sprawa jest definitywnie wyjaśniona). Nigdzie indziej nie był potrzebny tak zwany kompromis aborcyjny, podważany przy każdej okazji z obu stron (a nawet większej ich liczby, to prawie jak konflikt na Bałkanach). Pojęcie „kompromisu” jest bardzo papierowe i najczęściej szybko płonie. Zawsze muszą być jacyś „oni”, by ukonstytuowali się (konstytucyjnie i nie) jacyś „my”; lub odwrotnie.

I choćby nie wiadomo jakie siły opozycyjne się pojawiały, choćby SLD wraz z satelitami wróciło do polityki rzeczywiście lewicowej, Ryszard Petru nie konkurował z Antonim Macierewiczem w rywalizacji o największą bzdurę roku, Razem przestało się radykalizować, a Mateusz Kijowski zapłacił alimenty, dopóki nie istnieje jakikolwiek kompromis społeczny, polityczny, gospodarczy, historyczny lub, niestety też, metafizyczny – polska scena polityczna ukonstytuowała się na lata. Niezależnie od tego, kto stanie przed czyim sądem. A nawet kto z kim będzie romansował.

Powiem więcej i brutalniej – wątpię, by coś rozwiązała czyjakolwiek śmierć. Potrzebna jest gruntowna zmiana myślenia. Co ją może spowodować? Nawet nie śmiem gdybać i mniemać. To musi być wiele rąk, wyciągniętych jednocześnie do zgody, a co istotniejsze w polityce – do konstruktywnej niezgody. Brzmi naiwnie, ale polska scena polityczna nie dorosła do bardziej dojrzałych konstatacji. A i ja nie będę się wychylał z ambitniejszymi strategiami porozumiewawczymi, w końcu nikt mnie w tym celu nie zatrudnił.

***

W jednym z niedawnych wywiadów Jarosław Kaczyński nostalgicznie odniósł się do dzisiejszych kotów, że już nie są takie same jak kiedyś, że mają inne potrzeby i wymagania. Możemy się uśmiechnąć z politowaniem, ale wyjątkowo nie o to chodzi. Słusznie, jak rzadko, „naczelnik” zauważył, że świat ewoluuje. Światełko w tunelu? Uśmiech kota nie tylko w Krainie Czarów?

***

Chciałem coś równie ironiczno-zabawnego napisać o Donaldzie Tusku. Od czasu słynnej wypowiedzi o tym, że (cytuję z pamięci) „żałuje wielu rzeczy, które robił w młodości” (od czego VJ Dominion zaczyna swój remiks pod tytułem „Narkotyki”), stał się jednak do bólu poważnym i dyplomatycznym urzędnikiem. Jakby stracił polską mentalność. Jednak, mimo powyższego, szkoda.

***

Proszę pochopnie nie wyciągać wniosków na temat moich poglądów politycznych. Programowo jestem apolityczny i przeciw wszystkim. Taka duma pozanarodowa. Takie geny. I takie kompleksy.

Czytaj również