Kiedy tworzysz portret pokolenia, kredki w piórniku stają na baczność

Drukuj

Szanowni Państwo, dzisiaj prawo głosu ma Heniek, przedstawiciel pokolenia porno, który z dzieciństwa pamięta nocną zmianę bez bluesa (umierał razem z Ryśkiem), a koszule flanelowe właśnie wyciągnął z szafy po przerwie w życiorysie spowodowanej szokiem lat dziewięćdziesiątych: tym w ustach (jak ta cytrynowa gorycz strzelała!) i w uszach (ile jeszcze razy ta pani z dużym biustem powtórzy, że jesteśmy chłopcami?). Dajmy mu jeść, natychmiast!

Mówi Heniek:

Masz trzydzieści–czterdzieści lat. Jesteś hipsterem, lemingiem z wielkiego miasta, czy to o dobrym czy złym piarze – w tym kraju stopniowo chylącym się ku upadkowi. Interesuje cię polityka, ale bardziej ta lokalna, która bezpośrednio dotyczy wygody twojego stołka i braku siniaków na tej części ciała, którą teoretycznie najchętniej pokazałbyś wszystkim, a praktycznie wstydzisz się, że ją masz, więc widzisz ją tylko u innych.

Stawiasz na jakość – nie ilość, intensywność – nie długość, pogłębienie intelektualne – nie fabułę i momenty. Czytasz, a z nieczytającymi nie idziesz do łóżka. Odróżniasz Tony’ego Blaira od The Blair Witch Project, znasz znaczenie określenia „homonim” i nie masz w tym ani żadnym innym kontekście uprzedzeń: jeszcze nie zdefiniowałeś swoich granic, bo a) nie było takiej potrzeby; b) najtrudniejsze jest pierwszych czterdzieści lat dzieciństwa; c) wierzysz bezgranicznie w siebie, bo w coś trzeba; d) to ogranicza twój strach przed kompleksami i kompleksy wywoływane przez strach; e) test, jak zwykle, jest wielokrotnego wyboru: można skreślić wszystko i nic nie zaznaczyć.

Nie definiujesz się, nie istnieją punkty odniesienia, które mogłyby cię do tego zmusić: autorytety, przeżycia pokoleniowe, wstrząsy, wzloty, upadki i nauczki, nie licząc drobnych dreszczy podczas imprezowych wybryków, kiedy w weekendowym szale chcesz wejść na wyższy poziom jakiegoś wtajemniczenia; nie wiesz, o jakie może chodzić, dlatego tracisz przytomność w tych czy innych ramionach, ewentualnie zawracasz na ręcznym i jak początkujący kierowca jeździsz w kółko. Może jakaś powtarzalność wytrąci cię z rytmu poszukiwań?

I mogę tak wyliczać w nieskończoność, choćby nie istniała; skupiać się na szczegółach, które nie stworzą całości, choć w takim nagromadzeniu wyglądają nawet efektownie, kreując jakiś rodzaj powagi. Tej samej, którą udajesz od poniedziałku do piątku, bo wydaje ci się, że z tak wyklepaną maską świat przyjmie cię do swojego wyścigu czy przedstawienia, choćbyś miał podpierać dekoracje tła czy grać zwłoki na ogrodzeniu toru twarzą do reklam. To zresztą permanentny stan.

Ale wiele rzeczy ci się wydaje, na tym opierasz pewność, że możesz obok postawić siebie: wracasz do domu i znowu jesteś tą samą dziewczynką czy tym samym chłopcem, który moczył się w nocy, gdy słyszał grzmoty za oknem i za ścianą u niezbyt dopasowanych do siebie rodziców. Kiedy święty obrazek w oknie był tarczą na wszystkie dni ciemności, jakie w swojej nienawiści do prawdziwych narodów wybranych szykowała grupa trzymająca władzę. Władzę nad wyobraźnią, jakiej stopniowo się pozbawiasz od tamtego momentu, gdy zobaczyłeś, jak w filmie „Kieł”, spadający samolot, który okazał się papierowym pretekstem do wszczynania historii, geografii, biologii, chemii i fizyki, a przecież skończyłeś wszystkie szkoły i nie zamierzasz więcej siedzieć bezczynnie i słuchać płytkich komunałów. Ale przecież tak robisz i nie potrzebujesz do tego zbrodni i kary. Sprzeczność budzi twój sprzeciw i jednocześnie błogi spokój, że nie dopadnie cię konsekwencja i system (wartości [niematerialnych]).

Wracasz do domu i nikt na ciebie nie czeka. Nawet niczego nie skonsumujesz. Światło w lodówce to jakaś meta, mógłbyś się do niej modlić, jak zawsze, gdy widzisz koniec, z którym nie potrafisz się pogodzić. Bo co on ma tak naprawdę oznaczać? Przecież dopiero tu przyszedłeś. Co z tego, że zostałeś z niczym? Przecież na tym zależy ci najbardziej: nie angażować się, nie opowiadać się za i przeciw, nie mieć twarzy, by w nią nie dostać i nie musieć jej zachować. A reszta to zabobon. Reszta jest milczeniem owiec wygonionych ze stada, w cieple którego chciały umrzeć, pozostając nieśmiertelne jako pięknie wyczesane, masowe indywidua.

***

Heniek przerzuca szalik za drugie ramię, gwałtownie przekręcając głowę, jakby spluwał; poprawia grube oprawki, teatralnie ruszając nosem, jakby próbował odstraszyć swój cień; wreszcie posuwistym krokiem oddala się w kierunku starej damki – na niej odjedzie w stronę jakiegoś offu, gdzie będzie się wyłączał przed powrotem do emerytowanej matki, eks-fabrykanta ojca bądź prawie dwa razy młodszych studentów-współlokatorów; gdzie będzie kreował i proklamował (bo przecież nie prokreował) kolejne manifesty-marzenia spiętej głowy i ściśniętych jąder pokolenia.

 

PS: Serdecznie dziękuję za sample wszystkim tym, od których je pożyczyłem.

Czytaj również