Jestem niewyżyty, niespokojny i nagi, czyli odlot i odpływ rozpoznań

Drukuj

Ostatnio rozpoczęła się nowa dyskusja o literaturze. A raczej o niezaspokojeniu. Pojawił się problem płci, rozpatrywany na przeróżnych konferencjach, sympozjach, seminariach czy wykładach gościnnych od ładnych kilku dekad, zresztą z obosiecznymi konsekwencjami. Pojawił się problem dyskryminacji większości, klasyczny wręcz po obu stronach politycznego i światopoglądowego sporu w naszej globalnej wiosce. Pojawił się wreszcie problem seksu (a raczej jego braku), nierozwiązywalny do dzisiaj z racji funkcjonowania ostatnich w naszej (i nie naszej) kulturze tabu.

Okazuje się, że kilka bastionów – fatalnie, bo tradycyjnie rozumianej – męskości nie chce upaść. I do nich niezmiennie zalicza się literatura, w tym przypadku polska. A już zwłaszcza poezja. Heteronormatywni mężczyźni urządzili w niej piekło kobietom, i to na wiele sposobów, czego skutki próbuję poniżej, w sposób możliwie najbardziej precyzyjny i nieszowinistyczny, streścić:

1) Kobiety dużo mniej piszą, dużo mniej publikują i zdecydowanie rzadziej wydają książki.

2) Kobiety są zdecydowanie rzadziej nagradzane w konkursach, również dlatego, że zdecydowanie rzadziej zasiadają w kapitułach i innych ciałach jurorskich.

3) Kobiety dużo rzadziej są zapraszane na spotkania autorskie i festiwale, do poważnych i niepoważnych dyskusji.

4) A jeśli w ogóle, biorąc pod uwagę powyższe ograniczenia, jakieś kobiety-poetki zostaną gdzieś uwzględnione lub zaproszone, to przeważnie dlatego, że niezaspokojonej braci męskiej (oczywiście heteronormatywnej) spodobały się nieczysto, czyli fizycznie i ze względu na chuć i inne popędy, a mówiąc wprost i cytując klasyczkę ponowoczesnej myśli feministycznej, Maję Staśko (http://www.krytykapolityczna.pl/artykuly/czytaj-dalej/20160509/dlaczego-poeci-sa-wiecznie-niezaspokojeni): wspomniana brać chce je bezpardonowo brać i „wyruchać”. Koniec cytatu.

Ten świat jest tak pomyślany, że w relacjach damsko-męskich może chodzić tylko o jedno. Lamentuje, w nawiązaniu do tej niesprawiedliwości, a niejako również polemicznie względem Staśko, Jaś Kapela (http://www.krytykapolityczna.pl/felietony/20160513/dlaczego-poeci-nigdy-nie-beda-zaspokojeni), problem jednak w tym, że zamiast dotykać bolejących problemów współczesności w tej materii, zbyt często dotyka siebie. Zamiast pochwały przemijania pewnych skompromitowanych systemów i wartości, mamy kolejny traktat o masturbacji, również groźnej, bo, prędzej czy później, prowadzącej do „ruchania”, także w formie gwałtu. Najpierw problemów, a potem zahukanych i poukrywanych w szafach i kuchniach kobiet, niedoszłych poetek.

I tu pojawia się kolejna przeszkoda, a mianowicie ironia. Jako zatwardziały i autosarkastyczny sceptyk nie chcę przegiąć (sic!) pały. Zbyt wiele podobnych sporów kończyło się w martwym punkcie, z powodu ochoczego stosowania podobnych środków artystycznego i naukowego wyrazu przez ich (sporów) uczestników. Praktycznie cały dorobek cywilizacji gender legł w gruzach, gdy jedyną konkluzją z podobnych debat było wzmocnienie argumentacji na rzecz istnienia dyskryminujących samców i dyskryminowanych (a dodatkowo molestowanych: realnie, wirtualnie i symbolicznie) samic.

Niestety, jako umiarkowany feminista nie za bardzo wiem, jak skutecznie wyrazić solidarność z ciemiężonymi. Do „Arterii” wybieram głównie poetów (poetkom wysyłając smsy z zapytaniami o wiersze, co – zresztą zaprawdę godnie i sprawiedliwie – jest odbierane jako niemoralne propozycje). Będąc jurorem, nagradzam również płeć brzydką, jak w przypadku niedawno rozstrzygniętego konkursu im. Rafał Wojaczka. Na domiar złego na dwóch pierwszych miejscach znaleźli się jurni dwudziestokilkulatkowie, czyli tym niebezpieczniejszy element wyzysku w obliczu wiszącego nad polską kulturą widma bezkompromisowej męskości. I – biję się w piersi, które nikogo nie wykarmią, najmocniej – jako czytelnik sięgam przede wszystkim po posiadaczy penisów. I choćbym czytał długie rozprawy i opracowania Anny Kałuży czy Mai Staśko, zła się nie ulęknę, więc częściej zgodzę się z męskimi szowinistycznymi świniami w postaci Jasia Kapeli, Kacpra Bartczaka czy Grzegorza Jankowicza, czy z ryczącymi czterdziestkami patriarchatu – Piotrem Gajdą czy Przemysławem Owczarkiem (piszcie częściej, bo i tak brakuje waszych głosów w tym zmaskulinizowanym świecie krytyki wszelakiej).

I tu dygresja. Za pierwszym razem napisałem – nomen omen – „zgadzę się”. I muszę to wyprostować: już dawno się zgadziłem. Wygląda na to, że nie ma dla mnie gatunku ani ratunku. Umiarkowany feminizm to taki klapek bądź sandał w świecie, w którym na porządku dziennym jest glanowanie. Jak w przypadku tak zwanych zdroworozsądkowych poglądów socjaldemokratycznych, które przez bardziej zaangażowane twórczynie / zaangażowanych twórców są mylone z neoultraliberalną hucpą.

Dlaczego tak się ze mną dzieje? Zwyczajnie w praktyce czytelniczej, redaktorskiej, korektorskiej, reanimacyjnej i seksualnej trafiłem na więcej dobrych poetów niż poetek. Zdecydowanie więcej. Możliwe, że to mój wrodzony pech (urodziłem się bez czepka) albo inne wstydliwe uprzedzenia (do dziewiętnastego roku życia bałem się kobiet i moje zachowania wobec nich charakteryzowały obciach, żenada i zabobony). Albo to rzeczywiście wciąż niewypełniona forma dla słusznych i nieuchronnych postulatów kolejnej fali feminizmu (podoba mi się ta metafora z racji jej wybuchowości i wielokrotności): kobiety siedzą w domach i zamiast pisać, choćby do szuflady, wkładają tam właśnie wyprasowane bokserki i kalesony. A jeśli już piszą, to się z tym nie afiszują: nie zabiegają o publikacje – pierwszą, a już zwłaszcza kolejne; nie narzucają się, by występować na spotkaniach i festiwalach; nie pchają się choćby na ostatnie strony gazet literackich. Albo po prostu winne są wrodzone cechy charakteru – w końcu to mężczyźni, choćby i najmniej prawdziwi, brylują w autopromocji i wmawianiu innym, że tyle [      ] to jest dwadzieścia centymetrów. Albo dzieje się tak z powodu bezpieczeństwa – żeby twórczość kobiet nie była oceniana przez pryzmat zewnętrznego lub wewnętrznego piękna, a przez to nie prowokowała letnich lub gorących chamskich podrywów, z wspomnianym ruchaniem włącznie. Jest jeszcze jedna opcja polityczna, która w tym przypadku może dochodzić do głosu, tożsama z rozpoznaniem komentarzowym (Facebook) Tomasza Majerana: problemu nie stanowi krzywdząco mała reprezentacja bardzo dobrych poetek, tylko zdecydowana nadreprezentacja przeciętnych poetów. Jestem jednak bezsilny wobec słabości do tej poezji. Albo po prostu przyzwyczajony do bylejakości, jaką w różnych dziedzinach serwuje mi mój ulubiony kraj.

Tak mam, nie będę się spowiadał, z pojęciem grzechu mam tyle wspólnego, że rozpoznaję jego słownikowe znaczenie, od innych trzymając się z daleka. Nie chcę w tym tekście zbliżać się jeszcze do kwestii pedofilii i facetów w sukienkach (w różnych, również świeckich, kościołach tego świata), już wystarczająco wiele się z niego wylewa.

No właśnie, ale co jest większym problemem: wciąż ostatecznie nierozwiązana kwestia męskości czy wiecznie nabrzmiewająca kwestia niezaspokojenia? Jako facet, któremu podobają się kobiety (nie trafił się jeszcze chłopiec, potrafiący skraść mi serce bądź tyłek, mimo że z racji trudności z domknięciem budżetu z niejednym dzieliłem łoże), zabrzmię równie niepoprawnie politycznie, gdy pokuszę się o jednoznaczną i pewną diagnozę. Tylko co tymczasem czynią zdenerwowane badaczki relacji tekstów z autorkami / autorami? Dostrzegają jednostronność i jednokierunkowość opresji pewnych zachowań. Co jeśli świadoma swojej atrakcyjności poetka zaliczy kilku bajkopisarzy na jednym festiwalu? A jeśli agresywna lesbijka, przepraszam za obcesowość, zgwałci sztucznym członkiem wrażliwą polonistkę? A paniopanowie, szimejle i inne hybrydalne wyrazicielki / inni hybrydalni wyraziciele płynności płci? Czy świat nie po to powstał, by dawać wiele możliwości, również jeśli chodzi o błędy, zwłaszcza takie, na których nie będziemy się uczyć? Tym bardziej nie mam zapędów pedagogicznych, choć jako facet jestem dziedzicznie obciążony wyobraźnią i na tym polu. Chcę się jedynie wykazać potęgą ludzkiej świadomości i podświadomości. Dowartościować fakt bycia katem i ofiarą jednocześnie. Znaleźć złoty środek na porost mniej jednowymiarowych diagnoz, konkluzji i pospolitych wodorostów w postaci radykalnie uproszczonych poznawczo wkurwów.

A jeszcze dochodzą do tego różnego rodzaju kryzysy i końce. Pozwolę sobie o nich w telegraficznym skrócie. Najtrafniej chyba ujął ten fakt Maciej Robert, w recenzji Boskiego przyrodzenia. Historii penisa pisząc o jego „niechlubnej przeszłości i niepewnej przyszłości”. Wcześniej sporo racji miał Darek Foks, używając sformułowania „zmierzch heteroseksualnej frazy”. A statystyki policyjne, z których wynika wprost, że przypadki pobicia mężczyzn przez kobiety to już jedna piąta ogółu? Z tym że należy brać poprawkę na niezgłaszanie lub bagatelizowanie przez różnego rodzaju służby tego kierunku w domowej przemocy. A statystyki demograficzne? Badania, z których wynika, w jakim stopniu kobiety są silniejsze psychicznie i lepiej dostosowane do dynamicznie zmieniającego się otoczenia, zwłaszcza zawodowego, o radzeniu sobie z kryzysami i końcami nie wspominając? Krzywdę możemy sobie czynić obustronnie, we wszelakich relacjach. Niezależnie od tego, czy nasz penis jest prawdziwy, sztuczny, czy działa i czy jego obecność ma jakiekolwiek znaczenie. Z góry przepraszam za seksistowskie konotacje tego sformułowania, jednakże są one tylko pozorne, zwyczajnie pomagają mi usytuować się wygodnie w centrum sporu z uczciwie dobraną perspektywą i intencjami. Chociaż penisem rzeki nie zawrócę.

Powiem więcej i wprost: tak, jako zwierzę i człowiek, jestem podatny na wiele pokus. Zdarza mi się myśleć o seksie, gdy patrzę na kobietę (ba, gdy nie patrzę, również mi się zdarza); gorzej, może ona być pisarką, którą zaprosiłem na spotkanie, festiwal bądź zamierzam opublikować / wydać jej teksty. Czy to bezwzględnie determinuje moje wybory i krytyczne rozpoznania dotyczące samych tekstów? Czy drzemiąca we mnie męskość od razu mnie w takich sytuacjach osacza i każe wybierać tylko te fragmenty, które mogą prowadzić moją nieskromną i pożądliwą osobę do rozpusty, choćby jedynie w myślach? Czy w świetle powyższego w ogóle jestem zdyskwalifikowany jako odbiorca literatury, reanimator kultury, mężczyzna, humanoid, organizm żywy gdzieś we Wszechświecie, zbędny dodatek do wiecznego niezaspokojenia? Gdyby świat, ba, gdyby sam mężczyzna był tak prosty w obsłudze, żyłoby się nam prymitywniej, ale zdecydowanie prościej i konstruktywniej – prawdopodobnie mniej problemów i sporów natury dyskryminacyjnej pozostałoby nierozwiązanych. Ale to już temat na kolejną utopię.

***

I jeszcze jedna ważna prośba natury ogólnej, którą kieruję do przedstawicielek i przedstawicieli wszystkich płci i ich mniej lub bardziej twórczych kombinacji. Kto choć raz nie uprawiał seksu (w grę mogą wchodzić również tak zwane zachowania seksualne, jak pocałunek z głębokim gardłem czy mniej delikatny petting) z poetką / poetą, krytyczką / krytykiem czy inną badaczką / innym badaczem literatury lub kultury, biorąc pod uwagę pełen wachlarz naukowego wtajemniczenia – od magistrantki / magistranta, po emerytowaną profesorkę / emerytowanego profesora – niech rzuci we mnie kamieniem i wyśmieje moje problemy z erekcją, również intelektualną, gdy próbuję się mierzyć z hipokryzją coraz szerzej rozumianej literatury, a zwłaszcza życia literackiego.

A i tak wszystkiemu winne są moje gościnne kanapy. I ta już nieistniejąca, granatowa z dziurami po szczurach; i ta beżowa, z uszkodzoną sprężyną, aczkolwiek dobrze amortyzująca bardziej intensywne relacje literacko-kulturalne. Na przyszłość również za nie przepraszam i nie postanawiam poprawy. Granice mojego niewyżycia nie są granicami mojego świata i języka. Sięgają, gdzie wzrok nie sięga; gdzie metafizyczne oko zamienia się w otchłań, która potrzebuje rytmicznego wypełniania pustką.

Czytaj również