Jarosław Marek Rymkiewicz, czyli jaki mamy radykalizm

Drukuj

Nagroda Literacka im. Juliana Tuwima (nie mylić z przyznawaną jeszcze po II wojnie Nagrodą Miasta Łodzi, ponieważ obecne miasto z podobnego przywileju nazewniczego nie skorzystało) została przyznana po raz trzeci. I o ile dotychczasowe wybory kapituły: czy te bardziej współczesne (Magdalena Tulli), czy historyczne (Hanna Krall), nie budziły kontrowersji i (możliwe, że właśnie z tego powodu) szerszego zainteresowania, o tyle tegoroczny werdykt, choć w kuluarach znany już od co najmniej kilku dni, spadł na scenę Teatru Nowego w Łodzi niczym grom z jasnego nieba (pytanie tylko, na ile jasnego i czy na pewno nieba?). Podzielił jurorów, środowiska literackie, artystyczne i akademickie oraz odbiorców gali, w aplauzie lub jego z premedytacją akcentowanym braku gorąco reagujących na kolejne wydarzenia, wystąpienia za i przeciw. Ruszyła lawina, która w końcu wstrząsnęła naszym lokalnym piekiełkiem. Nie wiadomo tylko, kto sypie, a kto jest zasypywany.

Na razie obywa się bez ofiar, choć coraz to nowsze organy prasowe, kolektywy, grupy formalne i nie wieszczą polowanie na czarownice. A raczej na czarowników, a będąc hermetycznie złośliwy ‒ szamanów słowa. Sam znalazłem się między młotem a kowadłem (czytaj: pracą i polityką, gdy w tle czai się światopogląd literacki), jak w słynnym wierszu Marcina Świetlickiego: „pomiędzy kłótnią z jedną kobietą a rozmową z drugą, która być może także się przerodzi w kłótnię”. Zresztą ‒ nomen omen ‒ kobiety odgrywają tu role znaczące.

Kapituła obradowała w sześcioosobowym składzie, z tym że sekretarz Maciej Robert prawa głosu nie miał. W ostatecznym rozrachunku ‒ jak ćwierkają znani środowiskowi plotkarze ‒ Rymkiewicz, głosami mężczyzn, pokonał Olgę Tokarczuk (którą poparły kobiety) w stosunku 3:2. Jak w zaciętym meczu siatkarskim albo piłkarskim dwóch ofensywnie nastawionych drużyn. I tutaj oba zespoły postawiły na atak. (Jak twierdzi bliski współpracownik Kapituły, wcześniej na placu boju poległy kandydatury m.in. Zbigniewa Kruszyńskiego i Marcina Świetlickiego, co może dać państwu szerszy ogląd sprawy, jak również literatury nagradzanej).

Zanim w ogóle ogłoszono laureata (wybranego zresztą wczesną jesienią), jeden z członków Kapituły (celowo unikam feminizacji końcówki) postanowił podzielić się nazwiskiem nagrodzonego z pewną bliską miejscu Gali osobą. I ta postanowiła zareagować. Wnikliwsi obserwatorzy zakulisowych zajść daliby sobie rękę obciąć, że w wyniku tych działań frekwencja na Gali Nagrody obniżyła się w stosunku do lat ubiegłych.

Tymczasem media wydzwaniały do zainteresowanych, plebiscyty internetowe wygrywał coraz bardziej powszechnie znany laureat. Tajemnica poliszynela wisiała nad finałem IX Festiwalu Puls Literatury, który ‒ co w samouwielbieniu, jako członek zespołu organizacyjnego, podkreślę ‒ definitywnie dołączył do grona najważniejszych wydarzeń literackich w Polsce, biorąc pod uwagę klasę zaproszonych gości, klasę prowadzących, frekwencję, ogólną otoczkę i ‒ jednak chyba na poziomie międzyludzkim najważniejszą ‒ atmosferę. Owszem, zeszły, bardzo udany rok zaostrzył nam apetyty na więcej, ale do tegorocznej edycji podchodziliśmy z obawami, że poprzeczka po zeszłorocznej została zawieszona zbyt wysoko. Nic z tych rzeczy. Mimo mniejszej liczby gości z zagranicy, znamienici goście z Polski dosłownie rozgrzali publiczność; bo jak inaczej mówić o ponadczterystuosobowym tłumie, koczującym przez prawie pięć godzin w oczekiwaniu na autograf (z rysunkiem) Adama Wajraka albo o ponaddwustuosobowych rzeszach, integrujących się w uścisku na spotkaniach z Michałem Witkowskim, księdzem Adamem Bonieckim i na koncercie Świetlików, nie wspominając o pełnej sali na Andrzeju Barcie, Jacku Dehnelu, Jerzym Jarniewiczu czy Jerzym Sosnowskim, co w powyższym kontekście robiło mniejsze wrażenie.

Dość tych dygresji. Jak państwo widzicie, niezręcznie krążę wokół tematów zastępczych, unikając meritum. Postaci, kontekstu i dorobku Jarosława Marka Rymkiewicza, uwzględniającego również jego wiersze, rozmowy i felietony publikowane po 10 kwietnia 2010 roku. Dacie dla pewnej części sceny politycznej (i literackiej) szczególnej, ba, według pilnego ucznia Rymkiewicza, Przemysława Dakowicza (zresztą nabożnie namaszczonego przez mistrza dedykacją jeszcze przed Smoleńskiem), ten dzień powinien być dla najnowszej historii Polski (a i historii literatury) najważniejszą nowożytną cezurą, powinien zastąpić rok 1989 i okrągły stół, zbudowany na glinianych nogach i (magdalenkowym) kłamstwie.

Zanim Leszek Engelking, jakby nigdy nic, odczytał laudację, podkreślającą przede wszystkim styl (sic!) i dorobek eseistyczny laureata, przez scenę przetoczyła się fala ciszej lub głośniej zapowiadanych sprzeciwów. Najpierw oświadczenie ‒ zdanie odrębne członkiń Kapituły Kingi Dunin i Beaty Stasińskiej ‒ odczytała ta druga. Niewiele z niego wynika ponad to, że ‒ z racji prezentowanych ostatnio przez laureata postaw i poglądów, zwłaszcza politycznych ‒ obie panie dystansują się do werdyktu. Następnie mikrofon przejął Przemysław Owczarek. Przemek słynie z nietypowych strojów, fryzur i happeningów (nie bez kozery na wystawie dotyczącej zwycięzców konkursu im. Jacka Bierezina w miejscu, w którym inni laureaci prezentowali twarz, autor Rdzy pokazał pośladki w pełnej krasie). Tym razem wykorzystał twórczo czapkę błazna (a może stańczyka? Razem?), czosnek na wampiry (romantyzmu i martyrologii) oraz chód lajkonika (przez nieżyczliwych nazwany kaczym chodem w przyspieszonym tempie; Robert Korzeniowski odmówił komentarza). Wypowiadał się w imieniu „niektórych środowisk akademickich i literackich”, ponieważ „poproszono go o to”. Grzecznie, tyle że z większą liczbą nawiązań do patrona nagrody i śp. Zdzisława Jaskuły, który jeszcze w ubiegłym roku pełnił honory gospodarza Gali, zaprotestował przeciwko decyzji jury i tanecznym krokiem (kogoś naśladował?) wrócił na miejsce. Reakcje widowni były skrajne. Mniejsza część krzyczała „idiota!”, „kretyn!” czy „błazen!” (Matejko tę postać, jak widać, skutecznie spopularyzował; jak Tuwim dwa pierwsze określenia). Większa część klaskała, od czasu do czasu skandując wyrazy poparcia: „tak trzymaj, Przemek!”, „dziękujemy!”.

Na zakończenie przedlaudacyjnego wstępu na scenie pojawiła się Sława Lisiecka, we własnym imieniu, ale też jako wdowa po Zdzisławie. Jej sprzeciw okazał się najostrzejszy: kategorycznie stwierdziła, że gdyby żył jej mąż, nie dopuściłby do takiego werdyktu (a już na pewno nie pozwoliłby na jego ogłoszenie w swoim teatrze). Następnie, jako argumenty, odczytała trzy wiersze Rymkiewicza, z których jeden ‒ przeciwko Hannie Gronkiewicz-Waltz ‒ okazał się wierszem innego autora (niemniej napisanym w duchu rymkiewiczowskim i w imieniu ostatnio zaangażowanego w doczesność poety), inny natomiast to najsłynniejsza apostrofa trzeciego tysiąclecia, tj. „Do Jarosława Kaczyńskiego”. Jeszcze dwa wątki tego wystąpienia zasługują na uwagę: 1. Że Julian Tuwim i Zdzisław Jaskuła przewracają się w grobie. 2. Że przy takich wyborach nagroda może podzielić losy miejskiej nagrody sprzed półwiecza i stać się nieistotnym lokalnym laurem albo w ogóle zniknąć (tutaj znana tłumaczka zastosowała cytat z filmu o dotychczasowych nagrodach literackich w Łodzi, prezentowany przed oficjalnym ogłoszeniem nazwiska laureata). Jako że przekaz Lisieckiej był konkretny i czytelny, oklaski po jej wystąpieniu należały do najgłośniejszych.

Laudację celowo pomijam, przy tylu kontrowersjach i tzw. wątkach dodatkowych zabrzmiała dość fałszywie. Rozumiem, że została przygotowana jakiś czas temu, w spokojniejszych okolicznościach przyrody, ale dlaczego ‒ choćby jednym zdaniem ‒ jej autor nie odniósł się do wcześniej formułowanych zarzutów? W końcu obrady, przy takim, oficjalnie podkreślanym rozdźwięku w Kapitule, nie mogły nie być burzliwe, a kandydaturze Rymkiewicza, w bardzo różnych kontekstach, z racji jego ostrego i opiniotwórczego zaangażowania po jednej ze stron w wojnie polsko-polskiej, rzadko kiedy nie towarzyszą spory i gorętsze dyskusje.

Tymczasem sam laureat ‒ co było do przewidzenia, nieobecny na Gali ‒ nagrodę przyjął nadspodziewanie spokojnie. Niemniej w nagranym na potrzeby Gali miniwystąpieniu jakby nigdy nic wspominał swój okres łódzki: szkołę średnią, studia magisterskie i doktorat; pierwsze publikacje wierszy oraz tekstów krytycznych i eseistycznych, niewinnie dywagując, że na nagrodę zasłużył właśnie wtedy, w stylu Mazowieckiego odcinając się, ale od przyszłości. Ba, największą część nagrania stanowiły rozważania nad dawnymi i obecnymi nazwami łódzkich ulic oraz numerami tramwajów, jakby skomplikowaną rzeczywistość i jeszcze bardziej skomplikowaną sylwetkę laureata można było zamknąć w kilku wielkich literach i cyfrach, bezrefleksyjnie. Jakby niewinny (bo nieświadomy czegoś więcej) kaznodzieja analizował wyrwany z kontekstu werset Biblii i dobudowywał do niego znaczenia, które następne wersety świętego pisma łopatologicznie przekreślały. Oklaski były mniej donośne niż w przypadku Lisieckiej. Może dlatego, że w kościele zwykle się nie klaszcze.

Miało być głośno i donośnie, skończyło się na wzmiankach w prasie lokalnej: neutralnych artykułach w „Dzienniku Łódzkim” i mocno krytycznych ‒ jak mogło być inaczej? ‒ w „Gazecie Wyborczej”, która od czasu słynnego procesowania się Adama Michnika z Rymkiewiczem ma z tym poetą poważny problem. Niemniej różne środowiska przygotowują oświadczenia i petycje (vide: Google); różne postacie mniej lub bardziej publicznie bulwersuje taki werdykt. Mam tylko nadzieję, że w grę nie wchodzą osobiste niesnaski. W końcu na lokalnym uniwersytecie ‒ jak na mało której uczelni ‒ prace magisterskie z literatury najnowszej pisze się w katedrze romantyzmu, ponieważ ‒ w ramach jednej jednostki organizacyjnej ‒ biurka niektórych wykładowców ewidentnie zastawiały drogę innym. I proszę tu czytać drogę szerzej, jak Biblię.

W dwugłosie na temat werdyktu nagrody Jerzy Jarniewicz zaprotestował przeciwko postawie jury, które nie potrafiło wypracować wspólnego stanowiska, mając do dyspozycji potencjalnie tak wiele czasu. Dostało się też akademikom, którzy ‒ według Jarniewicza ‒ dopiero w kontekście nagrody dla Rymkiewicza zauważyli jego niebezpieczny przekaz, wcześniej w żaden konstruktywny sposób się do niego nie odnosząc (nie licząc tekstu Kacpra Bartczaka w „Arteriach” 20, który na marginesie obiektywnie polecam). Zganił poszukiwaczy koniunkturalizmu politycznego. Pochwalił natomiast postawę laureata, ponad politycznymi podziałami dywagującego o łódzkiej topografii, „głos pisarza, a nie politycznego harcownika”. Chciałbym, żeby to był głos rozsądku, a nie idealistyczna wizja świata bez społecznych i politycznych uwikłań i ciągów przyczynowo-skutkowych (broń Boże, nie mylić z teoriami spiskowymi).

W drugiej części dwugłosu Tomasz Cieślak złagodził swoje dotychczasowe stanowisko (prezentowane chociażby na łamach łódzkiego dodatku „Gazety Wyborczej”), ale wciąż podkreślał upolitycznienie dorobku Rymkiewicza w ostatnich latach, jego pozapisarskie role, bez uwzględnienia których nie da się rozmawiać o pisarzu jako o postaci całościowo. Zaapelował o merytoryczna rozmowę na temat tego dorobku, jednak jego chwalebne intencje rozmył tryb przypuszczający i nie do końca przekonująca próba uchwycenia ostatnich zajść wokół przyznania nagrody w szrankach „pojedynku intelektualnego”. Zwłaszcza że emocje jeszcze nie opadły i póki co zdominowały dyskusję o Tuwimie, Rymkiewiczu i sprawie polskiej.

Gdzieś w tle pojawia się też wątek obecności i nieobecności w kapitule pewnych osób. Obawiam się (na razie dość nieśmiało i niemrawo), że kwestie kadrowe, w połączeniu z uczelnianymi podziałami wpływów i tzw. łupów, mogą rzutować na poszczególne stanowiska w rodzącym się lokalnie sporze, a może i rozłamie. Proszę uważnie śledzić, kto z kim trzyma. Moi najgorliwsi zdobywcy plotek raczej się nie mylą.

Nie deprecjonuję, oczywiście, pojawiających się głosów sprzeciwu. Sam jednak stoję trochę z boku w wygodnej roli obserwatora; bardziej się jednak dziwię pewnym działaniom, niż je podziwiam. Dziwię się bohaterskim poczynaniom tej części kapituły, która postawiła na Rymkiewicza. Ostateczne rozwiązanie w jakiś sposób rozumiem: wygrała kandydatura wyrazista, budząca emocje i prowokująca do zajmowania stanowiska (przeciw i za, kolejność przypadkowa), na rzecz mdłej, do znudzenia dopieszczanej przez coraz to nowe gremia Tokarczuk. Jednak jak w ogóle mogło dojść do takiej „odwiecznej dychotomii”? Po pierwsze, przy co najmniej kilkunastu propozycjach kandydatur (każdy z jurorów typuje pięć nazwisk, co ‒ licząc z sekretarzem ‒ w 2015 roku dało trzydzieści typów, z których tylko część pewnie się pokryła) i ‒ mówiąc dyplomatycznie ‒ różnicach krytycznoliterackich między poszczególnymi członkami kapituły, pojedynki (literacko i pozaliteracko) mogły być ciekawsze, choć dotyczące mniej skrajnie usytuowanych na scenie literackiej postaci. Po drugie, istotniejsze ‒ wymowa takiej kandydatury w kontekście politycznym jest jednoznaczna, więc ‒ w ostatecznym rozrachunku i opinii postronnych obserwatorów ‒ nastąpiło upolitycznienie nagrody. (Moim skromnym stało się to już na poziomie finału wyborów; w końcu światopogląd Tokarczuk, na antypodach światopoglądu Rymkiewicza, jest powszechnie znany). Nie mam na myśli intencji jury, których nie oceniam; chodzi o wydźwięk werdyktu.

I samej laudacji. Ponieważ im więcej Engelking mówił o czysto literackich zasługach laureata, tym dotkliwiej brakowało odniesień do jego literacko-politycznej działalności z ostatnich pięciu lat. Rymkiewicza nie da się czytać bez uwzględniania ‒ mówiąc oględnie ‒ jego pomysłów na świat, historię Polski i wewnątrznarodowe podziały, a także podejścia do zbrodni i martyrologii, budowania tożsamości narodowej i wyzyskiwania krwiożerczej (w tym wydaniu) opozycji my-oni, „kto nie jest z nami, ten przeciwko nam”. Rymkiewicz jest zbyt głośną tubą jednej z opcji politycznych, zbyt aktywnie uczestniczy w życiu politycznym ostatnich lat (i to ‒ podkreślmy ‒ przy wykorzystaniu tekstów stricte literackich), by pomijać ten kontekst całkowicie bezszelestnie i bezkarnie.

Postawa samego Rymkiewicza dziwi tym bardziej. Najpierw nie przyjmuje Nagrody m.st. Warszawy, ponieważ przyznaje ją Hanna Gronkiewicz-Waltz, z którą pozostaje w pewnym sporze. Teraz przyjmuje Nagrodę im. Juliana Tuwima, ufundowaną przez Urząd Miasta Łodzi, zdominowany przez opcję polityczną Gronkiewicz-Waltz; nagrodę imienia ‒ jak zauważył, gratulując, Rafał Ziemkiewicz ‒ „dwuznacznego” patrona, czy ‒ jak zaatakował w komentarzu na Gazeta.pl anonimowy internauta ‒ „żyda i lewaka” (przepraszam za słownictwo, jednak ‒ jak wspomniałem na początku ‒ postawiłem sobie za cel nakreślenie jak najszerszej perspektywy dla tegorocznych sporów wokół nagrody). Nic mu nie przeszkadza, w odpowiedzi na laudację ucieka od „tu i teraz” (które w związku z jego twórczością tak usilnie podkreślał Engelking) na rzecz swojej łódzkiej przeszłości, zamkniętej w kilku nieistotnych przejażdżkach tramwajami. to nie literatura, tonie literatura, że pozwolę sobie wyzyskać ograną gierkę słowną, zbliżoną do tej, jaką zaserwował publiczności Gali sam Rymkiewicz.

Złośliwi uważają, że to naturalna kolej rzeczy. W końcu w pierwszej połowie roku krajem rządziła jedna partia, sprzeciw miał charakter ogólnopolski. Jesienią władzę przejęła druga partia, więc szerszy protest laureata nie miałby sensu. Rzeczywistość ‒ w szerszym kontekście „tu i teraz” ‒ wyraźnie mu sprzyja.

Według życzliwych stary poeta pokazał klasę, „stanął ponad podziałami”, podkreślając, że nagroda dotyczy jego dorobku literackiego, który jest niepodważalny niezależnie od stopnia zaangażowania w partyjne spory A.D. 2010‒2015. Na tym etapie życia ma już tego świadomość i nie musi nikomu niczego udowadniać ani z niczego się tłumaczyć. Jednak ‒ podążając podobnym tokiem rozumowania ‒ można wziąć dowolny liryk klasycystyczny (lub neoklasycystyczny) i omawiać go tak, jakby nie istniał Antyk, a pojęcie „klasycyzmu” odnosiło się tylko do kilkunastu obecnie znanych form regularnego wiersza. Owszem, daje to szanse na dotarcie do nowych interpretacji danych tekstów, niemniej takie podejście przekłamuje rzeczywistość literacką już na podstawowym poziomie poznawczym, w końcu konteksty pozaliterackie, choćby w odniesieniu do genezy powstania samej literatury, są kluczowe.

Przyznanie nagrody Jarosławowi Markowi Rymkiewiczowi to dopiero awangarda lawiny, jaka może spaść na Dom Literatury w Łodzi, instytucję za nagrodę odpowiedzialną. Od pewnego czasu w mediach lokalnych sporo miejsca poświęca się losom DL w kontekście powstania Mediateki (tak, proszę państwa, każde porządne miasto europejskie musi posiadać takie multimedialne miejsce, więc Łódź także). Toczą się zakulisowe rozgrywki o to, w jakim kształcie te dwa podmioty mają działać i współpracować, w jaki sposób ‒ jeżeli w ogóle ‒ można je zintegrować, wykorzystać powstałą w ten sposób synergię (czytaj: stworzyć dwie placówki siłami pracowniczymi jednej, i jeszcze na tym zarabiać). Podobne, okołopolityczne zawirowania wokół ogólnopolskich działań DL mogą, według i życzliwych, i złośliwych, przyczynić się do ruchów, jakie w tym przypadku wykona miasto, powołując Mediatekę od podstaw bądź reformując ‒ w pewnym stopniu ‒ Dom Literatury. Równie dobrze DL może zniknąć, w końcu od jakiegoś czasu miasto planuje likwidację jednej z instytucji kultury, niemniej konkretna nazwa jeszcze nie padła. Do tej pory.

I na końcu wchodzę ja, cały na biało. Poddając się czy próbując zwrócić na siebie uwagę? Szukając nowej pracy czy licząc na ewentualne nowe rozdanie, które nie zostawi mnie z czterema waletami w ręku, gdy nie będziemy grać w pokera, choćby i rozbieranego? W końcu Kapituła nagrody to niezależne ciało (choć nieobce), podejmujące niezależne decyzje. Jak ‒ przykład pierwszy z brzegu ‒ jury konkursu im. Jacka Bierezina. W obu przypadkach nagrody przyznaje Dom Literatury w Łodzi, ale ‒ jako instytucja ‒ nie ingeruje przecież w wybory laureatów. Nawet jeśli dyrektor DL jest odpowiednio członkiem Kapituły nagrody i członkiem Komisji Selekcyjnej konkursu. W końcu występuje tutaj przede wszystkim jako znawca literatury, poeta, autor tekstów piosenek i dialogów w filmach, osoba (meta)fizyczna z krwi i kości; dyrektorowanie lub prezesowanie nie ma tu nic do rzeczy. Dlatego, uważam, prawo do krytyki podobnych wyborów i werdyktów ma każdy pracownik instytucji, która swoją nazwą daną nagrodę firmuje. Takie zachowania tylko uwypuklają niezależność kapituł i ich wyborów. Pokazują, że możliwy jest dialog i konstruktywna wymiana poglądów.

Niemniej ‒ by uniknąć podejrzeń i teorii spiskowych w przyszłości (najmniej życzliwi podejrzewają u pewnych członków jury upór przy dążeniu do werdyktu, przy jednoczesnym konformizmie i koniunkturalizmie) ‒ może lepiej z ciał decyzyjnych (przynajmniej jeśli chodzi o czynne głosowanie) wykluczyć osoby decyzyjne w instytucjach-patronach? Tylko czy w ogóle są możliwe kapituły poza lokalnymi (i ogólnopolskimi) sporami i podziałami? Czy środowiska literackie dojrzały do grubych kresek, których się nie wciąga, tylko za ich pomocą buduje życzliwość w dążeniu do niezależności, opartej na odpowiednich kompetencjach?

Póki pracuję i mogę sobie pozwalać na ekstrawagancje w postaci prowadzenia bloga, będę (mówiąc szumnie i dumnie) stał na jej straży. Radykalnie. Czego sobie i państwu życzę: w życiu zawodowym i literackim, a także prywatnym, które bywa ‒ w odniesieniu do dwóch wcześniej wymienionych ‒ wielokontekstową przygodą.

Czytaj również