Gdzie jest krzyż, czyli rzecz o moich smutnych zabobonach

Drukuj

Jezus wraca na Ziemię. Nikt go nie przyjmuje, ba, nikt nie traktuje poważnie. Jeśli korzysta z realu, jest zdecydowanie nierealny, jak palacz trawy w popularnym i tendencyjnym dowcipie. Jeśli z wirtualu – jest prawdziwy do bólu, więc nikt w nim nie rozpoznaje nikogo wyjątkowego, tym bardziej zbawiciela – od takich roi się w psychiatrykach; jeden z moskiewskich szpitali ma nawet dla nich specjalny oddział. Jezus wraca. Stracił czas, choć teoretycznie czasu nie liczy.

Takie historie można ciągnąć w nieskończoność. Najłatwiej mają agnostycy, którzy nie muszą niczego udowadniać ani definiować albo tzw. wierzący wątpiący (gatunek najczęściej występujący w katolicyzmie), którzy wszystko mogą wytłumaczyć brakiem pewności, żyjąc huczniej i pełniej od wielu ateistów, częściej odnoszących się do różnego rodzaju przyzwoitościowych zasad współżycia społecznego, gdy tzw. wierzący wątpiący jednocześnie wątpią w jakiekolwiek zasady w ogóle.

Ja jednak nie zamierzam owijać się w wygodne kokony i unikać myślenia, leżąc krzyżem tudzież w innej figurze geometrycznej, niekojarzącej się z seksem (ile seksu jest w religiach, które go zabraniają!). Zmierzę się z problemem, nurtującym mnie od dziecka, kiedy babcia podczas wakacyjnej burzy w drewnianym domu bez piorunochronu włączała Radio Maryja, głoszące na podstawie kolejnej tajemnicy fatimskiej nadejście „trzech dni ciemności” i opady „deszczu ognistego”, gdy 15 sierpnia przypadnie w niedzielę. Był rok 1993. Przypadał.

Zresztą ta sama babcia dbała o to, bym na roratach miał zawsze długą świecę w lampionie, bym przyklękał na każdej z czternastu stacji drogi krzyżowej i wąchał stare płaszcze zgorzkniałych zawodzących pieśni staruszek, które już swoje odklęczały oraz bym zamiast szkolnych koleżanek zaliczał pierwsze piątki. Religia w moim życiu stanowiła pewien rodzaj totalitaryzmu. Nie mogę mówić o przesycie, bo w grę wchodziły znaczne spłaszczenia i uproszenia, oparte na doczesnym kiju w zamian za wieczną marchewkę. A ja czułem się jak topniejący bałwan, któremu z transcendencji została owa marchewka, a raczej wyobrażenie o niej.

Jeśli napiszę, że nie wystarcza mi religia, będę zbyt mało precyzyjny. Ponieważ to by ponadto oznaczało, że korzystam z niej w pełni, ale wciąż jeszcze szukam czegoś więcej, głównie ponad, choć też i obok (jeśli wybrałem daną religię, nie znaczy, że nie zwrócę się w pewnych duchowych aspektach do konkurencji). Tymczasem obszar moich zainteresowań od pewnego czasu leży poza kościołami, tym bardziej instytucjonalnymi, które dorabiają ideologię do i tak mocno naciąganej tradycji wywodzącej się z ksiąg pierwotnie uświęconych, wiele obrządków hipokrytycznie opierając na praktykach religijnych tak swego czasu zwalczanych.

Zresztą mam takie intuicyjne podejrzenie, że skoro w skład Starego Testamentu nie weszły praktycznie wszystkie księgi mówiące o braku potrzeby tworzenia sformalizowanej instytucji Kościoła, to taka forma państwa w państwie niekoniecznie była uznawana za jedyną słuszną opcję rozwojową tej religii. Jak zwykle zwyciężyli biurokraci, którzy w ramach wąsko rozumianej wiary urządzili sobie folwark. Nie odrywając się od ziemi, choć o tym marzyli do śmierci.

Nie wydaje mi się jednak, żeby jakaś nadprzyrodzoność była z góry wykluczona. Możliwe, że to kwestia poziomu rozwoju cywilizacyjnego (to, co obecnie niewytłumaczalne, da się zrozumieć w przyszłości). Możliwe, że błędnego podejścia do rzeczywistości lub posiadania nieodpowiednich / niewystarczających receptorów i zmysłów. Możliwe, że jak w każdym pojęciu mieści się jego brak, tak w logice tego świata mieści się brak logiki. Tylko gdzie w tym wszystkim jest miejsce dla wiary?

I właśnie z samym pojęciem wiary mam największy kłopot. Mój stosunek do niej ewoluuje. Jak kryzys Kościoła Katolickiego w Polsce – w kierunku otchłani, w której jest tylko pewność, że nie może być niczego, że należy się nabyć i namieć na tym świecie (jak ta forma bycia brzmi merkantylnie), że należy żałować za brak grzechów, ponieważ spokojny żywot to zwykle przyczynowo-skutkowy ciąg straconych szans na przeżycie czegoś istotnego.

Tylko z czym można mieć do czynienia w Polsce w roku 2015? Kraju, który z powodzeniem się sekularyzuje, choć nie widać tego ani w kościelnych statystykach, ani w programach partii rządzących lub wiodących prym w opozycji. Ba, nawet media rzadko kiedy lustrują błędy i wypaczenia czarnej władzy, która mimo utraty wpływów wciąż robi groźne miny, a w sprawach sumienia coraz rzadziej toleruje wewnętrzny pluralizm. Skrajne postawy obsługuje ojciec Tadeusz i jego świta – bardzo wygodna tuba propagandowa: zawsze można go bezkarnie, również w opinii wielu katolików, skrytykować, a jakby co – pewne tematy, strachy i racje stanu funkcjonują dzięki niemu w tzw. debacie publicznej. Babcia z moherową antenką jest syta i „Tygodnik Powszechny” cały.

Polski katolicyzm jest jak puste miejsce przy stole wigilijnym. Chce się wierzyć, że to dla przybysza, który coś zmieni w codziennym marazmie i powtarzanym do znudzenia rytuale. A w rzeczywistości jest dla duchów, jako spadek po poprzednim systemie wierzeń.

(Te i podobne prawdy o imionach trzech króli, wypisywanych poświęconą kredą na drzwiach mieszkań w okolicach tzw. wizyty duszpasterskiej, lansują, delikatnie mówiąc, mało wydajne intelektualnie polskie parafie, już na poziomie największych miast).

Zbyt długo Kościół pośredniczył w czymś ważnym, był stroną debat publicznych i negocjacji. Przez zbyt wielu był utożsamiany z głosem ludu, ciemiężonej większości, która wyraża sprzeciw. Kiedy nagle znalazł się w komfortowej sytuacji – legalny, mejstrimowy, z krzyżami w instytucjach, górach i dolinach oraz religią w szkołach, nie mógł tego udźwignąć.

A jeszcze polskiemu Kościołowi przydarzył się papież, i to – o zgrozo! – popowy, lansujący się gdzie popadnie. Można było przycupnąć w jego cieniu, ogrzać się w jego blasku, podrapać ciupagą i przypisać sobie rozwijanie jego pasujących do wszystkiego prostych i okrągłych zdań. W końcu jedyne wyżyny, z jakimi miał do czynienia, znajdowały się w europejskich górach. Paulo Coelho uczył się od najlepszych, stosując w literaturze podobną strategię.

I teraz pojawia się kluczowe dla zagadnienia pytanie: czy to ja mam problem z Kościołem czy Kościół ze mną? Więcej, z całą rzeszą średnio lotnych wykształciuchów, punktujących jego słabości, nieścisłości, nadużycia, zaniedbania czy wreszcie patologie?

Tymczasem konkluzja wydaje się wręcz oczywista: nic, co powszechne, nie będzie dobrze funkcjonować w gospodarce rynkowej. Myślenie zaczyna się w niej i z niej wynika w sytuacji, gdy nikt z góry nie narzuca słusznej linii moralno-ideowej. Nikt istotny, bo głos Kościoła ginie w tle, zresztą sam jest mało pewny i nie trafia w przekonywającą i rzeczywiście uderzającą siłę przekazu. Nie tak dobiera słowa, wychodząc z założenia, że skoro słowo było na początku, wystarczy o czymś mówić. Że nawet jeśli otoczenie dynamicznie się zmienia, ewoluuje język, który precyzyjnie je opisuje i z nim się rozprawia, to o sprawach ostatecznych można mówić cały czas tym samym językiem, bo są ostateczne. Nic bardziej błędnego.

Że w ogóle może się znaleźć miejsce na jakąś pustkę, której nie da się łatwo i skutecznie wypełnić? Trudne rozwiązania z punktu widzenia Katechizmu Kościoła Katolickiego nie istnieją. Trzy razy Ka działa jak słynne trzy razy Tak, i również ma na dłuższą metę wydźwięk jednoznacznie negatywny.

Tylko czy obecnie jakakolwiek instytucja, która ma w sposób ostry ma zdefiniowane korzenie i misję, jest w stanie utrzymać się na powierzchni tak falującego morza? Gdyby Noe budował teraz arkę, ratowałby wszystkiego po trochu, gromadząc swoisty czar par, czy tylko gatunki, które mogłyby mu przynieść jakieś korzyści?

Jeżeli Jezus nie będzie się bał wrócić w braku chwały, musi mieć w zanadrzu jakiś nowy początek, mało spektakularny, ale działający na mózgi przyzwyczajone z jednej strony do nadmiernego, choćby kompletnie do niczego niepotrzebnego wysiłku, z drugiej do jazdy po bandzie na wyznaczonym lodowisku, czyli wolności, która wynika z nieumiejętnego korzystania z hamulców na obcym torze. (Mam nadzieję, że w tym zdaniu nie pominąłem nikogo istotnego; z góry zaznaczam, że nie interesuje mnie szara masa, nazywająca się złotym środkiem).

Ale jeżeli Jezus skończył się na ostatniej wieczerzy (takie hasło chcę mieć na koszulce podczas kolejnego ukrzyżowania), niech sobie daruje wyjście z mroku tudzież z szafy. Niech cierpi, skoro sprawia mu to boską przyjemność. I niech zaprosi do wspólnej zabawy czołowych polskich masochistów w czarnych sukienkach, przynajmniej tych, którym to nie w smak. Niech rzeczywiście w dwóch zbitych ze sobą deskach coś się krzyżuje, ma część wspólną, odpowiedzialną za jakąś wartość dodaną. Choćby kosztem spłaszczenia pewnych wielkich idei. A może właśnie tak wąski sens jawi się w nich najsilniej?

Czytaj również
  • Sauelios

    Gdyby ciocia miała antenkę, toby było radio.