Artyści to nie tylko prostytutki. Lepszy i gorszy sort w obliczu krytyki

Drukuj

Z jakich powodów ludzie się na was obrażają? Na ile są one racjonalne? Ba, w jakiś sposób uzasadnione kontekstem sytuacji? Tak, tak. Tym razem będzie śmiertelnie poważnie, choć ludzie o zdrowo przygotowanych do funkcjonowania w świecie nerwach powinni przeżyć. Wielbicieli kabaretów odsyłam do poprzednich tekstów, jak również do Twittera, gdzie ostatnio ćwiczę konsekwencje działania według zasady „mówię, co wiem”, zamiast „wiem, co mówię”. Premedytacja jest wskazana, jak nas uczy ewolucja (nie mylić z rewolucją).

O strachu i innych wewnętrznie odczuwanych bólach, jak również zawiści, pretensjach i kompleksach, pisałem w różnych miejscach (np. w „Inter-”, „Nowej Dekadzie Krakowskiej” czy „Przystani!” Biura Literackiego, nie wspominając felietonów dla Wywrota.pl), niemniej zwykle odnosiłem się do literatury, czyli wymazywałem istotność problemu, powołując się na mniej lub bardziej sprawnie zrealizowaną fikcję. Zrealizowaną i zmetaforyzowaną, gdy rzecz dotyczyła poezji, a więc w postmodernistycznym świecie rządzonym przez rozbuchany język – odnosiłem się do nie do końca świadomych i uświadomionych procesów twórczych. Tymczasem rozgrywka toczy się o zdecydowanie wyższą stawkę.

Na początku kilka istotnych założeń. Tak, mam różnego rodzaju kompleksy, nie wszystkie sublimuję na bieżąco. Tak, jestem nerwowy i reaguję pod wpływem impulsu na błahostki w taki sposób, jakby ktoś chciał mnie pozbawić wolności tudzież rodziny (ta druga także ma na to wpływ, dlatego jej brak nie bywa tak dotkliwy). Tak, jestem hipokrytą, jak wszyscy w wojnie polsko-polskiej pod narodową flagą. Powtarzam się i cytuję niedokładnie. Łapię się na sprzecznościach i niczego nie prostuję. Obiecuję i nie dotrzymuję słowa – u mnie słowo jest zwykle na początku braku; zresztą przeczytajcie zapowiedzi wielkich tyrad krytycznoliterackich, które się do tej pory nie odbyły. Krytykuję innych za to, co mnie dotyczy nawet bardziej, wytykam innym swoje wady. Bezwstydnie się cytuję – „każdy ma dupę z tyłu, by widzieć ją tylko u innych”. Belka w moim oku podpiera niewidzialny sufit, o który nigdy się nie rozbiję, gdyż cały czas się wznosi – zgodnie z moimi ambicjami i wspomnianymi wcześniej kompleksami. I mogę tak wymieniać dalej, zawierać sam ze sobą transakcję barterową bez pokrycia. Niemniej zostańmy przy trzy razy tak, żeby doskonale uprościć i tak już banalny przekaz.

Po pierwszym etapie rozważań, jak często, obsiądą mnie – niczym muchy – mniej lub bardziej znajomi akademicy – i z produktów przemiany materii mojego tekstu będą próbowali wyciągnąć naukową esencję. Z góry odradzam tego rodzaju babranie się. Nie zawieram tu dziesiątek teorii strachu, nienawiści, rewanżyzmu i chaosu, które nawet w poszczególnych uniwersytetach interesują nawiedzoną garstkę, najczęściej tylko badaczy danych zjawisk, badaczy dla punktów, publikacji i kolejnych stopni humanistycznej kariery, prowadzących w empiryczną pustkę, która w tym przypadku – wbrew wielu twierdzeniom, dowodom i systemom wartości – nic nie znaczy i do niczego się nie odnosi. Dziękuję wam za uwagę, jako naturszczyk nie wyposażyłem mojej drewutni w bardziej skomplikowane narzędzia niż łopata, siekiera i grabie. Mimo że pewnie nie pamiętacie, do czego służą tak pospolite sprzęty, pozwolę sobie zmusić was do skorzystania z Internetu. I tak marnujecie czas.

Dlaczego się tłumaczę? A jak wy się zachowujecie, gdy chcecie powiedzieć coś konkretnego i zerojedynkowego, a macie świadomość własnego jestestwa porównywalną przynajmniej do stworzeń, u których wykształcił się mózg? Monolog, jak również dialog, to wieczne tłumaczenia, przekłady z naszego na nasze, i wreszcie na cudze, a więc pętla na wielu szyjach jednocześnie. Zbiór komunikacyjnych zgrzytów i błędnych oczekiwań, który wypadałoby ograniczyć do minimum na początku jakichkolwiek rozważań.

Sprawa jest z natury prosta. Ludzie się obrażają i trwają w mniej lub bardziej nieracjonalnym gniewie tygodniami, miesiącami i latami. Bo tak. Zwłaszcza gdy rzecz się dzieje w środowiskach twórczych. A wystarczy mała iskra.

Pod tym względem najmniej przystosowani są malarze. Dyplomy krajowych i zagranicznych odpowiedników Akademii Sztuk Pięknych mają bez wyjątku gwarantować im tworzenie wysokiej klasy obrazów – dzieł. Spróbuj powiedzieć coś innego, jesteś w ich oczach znienawidzony i skreślony. Po pierwsze, nie masz fachowych narzędzi, by oceniać prace w rodzaju betonowych bloków w trzech kolorach, różowego serca na różowym tle (pewne gesty w sztuce zawsze powtarza się świadomie i progresywnie, nie z braku pomysłów, inspiracji i wyobraźni) czy innych bohomazów, dla których najtrudniej określić górę i dół (co ich autorów doprowadza do furii – przecież koncepcja jest ewidentna!). Po drugie, nie masz prawa powiedzieć, że coś ci się nie podoba albo – o zgrozo! – że jest po prostu złe, ponieważ po pierwsze. Po trzecie – w konkluzji z pierwszego i drugiego – zwyczajnie nie rozumiesz dzieła, nie dociera do ciebie jego przesłanie, toteż kwestionujesz jego zasadność. Wyłącznie dlatego.

Drugie miejsce w tej niechlubnej klasyfikacji zajmują ludzie teatru. Nie mówię tylko o samych aktorach – ci jeszcze, zwłaszcza z perspektywy czasu, potrafią krytycznie odnieść się do swoich juwenilnych dokonań. Gorzej z reżyserami, scenarzystami czy innymi osobami bezpośrednio odpowiedzialnymi za to, co dzieje się na scenie. Tutaj pojawia się też problem tak zwanego świadomego amatorstwa – i mimo że ruch teatralny w tej materii ma przede wszystkim funkcje edukacyjne i terapeutyczne, i tak największe aspiracje i kompleksy dotyczą samego „Artyzmu” przez olbrzymie A. Do powyższych trzech ograniczeń krytyki, wskazanych na przykładzie malarzy, dochodzi jeszcze czwarte – jak śmiesz krytykować „ideę”? Grotowskiego? Kantora? Pojawiają się niepodważalne autorytety, uzależniający guru, nie do ruszenia, niezależnie od jakości i poziomu wykorzystania jego metody. Zresztą już słowo „spektakl” zobowiązuje, a przecież samo przedstawienie wiąże się z rozbudowanym przeżyciem wewnętrznym: jeśli nie katharsis, to przynajmniej innym, częściowym chociażby, niefizycznym przeczyszczeniem.

Niedawno miałem wątpliwą przyjemność obejrzenia Derbów. Białoczerwonych teatru Chorea, stanowiącego w Łodzi niejako pomost między teatrami instytucjonalnymi a offowymi-amatorskimi. Przedstawienie, sprytnie rozgrywane na otwartej przestrzeni, miało być (cytuję za materiałami promocyjnymi): opowieścią o dwóch „plemionach” zamieszkujących Łódź: o ich zmaganiach, frustracjach, etosie, dumie i wspólnocie, czyli kibicach / kibolach Widzewa i ŁKS-u. I owszem, było, ale z punktu widzenia osoby zupełnie nierozumiejącej nie tylko sporu w realiach historycznych, politycznych czy wręcz klasowych Łodzi, ale sporu między dwoma klubami w jakiejkolwiek innej szerokości geograficznej w ogóle. Wartość poznawcza, nie wspominając o głębszych doznaniach, do których przecież nazwa „teatr” podobno zobowiązuje, była równa zeru (nie licząc świadomego zapisu w tytule „białoczerwoni”, z wymieszaniem obu barw). Równie dobrze taki tekst mogłaby napisać osoba nieskażona znajomością sportu i jego otoczki, która nigdy nie odwiedziła stadionu, choćby w celach koncertowych lub obejrzenia imprezy sado maso z obowiązkowym podwieszaniem się.

Ale nie zamierzam się tutaj pastwić nad ignorancją autora tekstu i płytkością jego rozpoznań, nad sprowadzeniem idei walki o swój klub i nienawiści do drugiego, z tego samego miasta, do banalnych piosenek hiphopowych o dumie i braterstwie i do bólu wtórnej, oczywistej i pretensjonalnej puenty, że stadion to teatr, a kibice / kibole – aktorzy (ukośnik stosuję z premedytacją – z przedstawienia wynika, że jego twórcy nie rozumieją albo nie dostrzegają różnicy między tymi dwoma grupami). Wątek zresztą aż prosi się o osobne potraktowanie, jeśli chodzi o stopień skomplikowania zjawiska kibolstwa i organizowania ustawek.

Chodzi mi o postawę samych twórców. Na pytanie jednej z młodych aktorek: „Jak się podobało?” – mój obecnie wysoko postawiony znajomy odpowiedział dyplomatycznie: „Myślę, że w tym sporze jest coś głębszego”, na co wszystkie stojące obok odtwórczynie ról w spektaklu odwróciły się na pięcie i sobie poszły. Błędna odpowiedź sporo kosztuje, noc spędziliśmy w samotności. A tak poważnie – czego innego mogliśmy się spodziewać?

Na trzecim miejscu moszczą się pisarze, ale w obrębie tej grupy występuje większa dywersyfikacja postaw.

Można trafić na samokrytycznych ironistów (jak na przykład na mnie, o ile „pisarz” nie brzmi w moim kontekście zbyt dumnie, fantastycznie i fanatycznie), którzy będą publicznie zmniejszać swoją wartość, bagatelizować teksty i związane z nimi osiągnięcia (lub, częściej, ich brak). Robią to zwykle albo – jak stereotypowa kobieta podczas stereotypowego flirtu – żeby adresat zaprzeczył i podbudował ich wartość: „Jesteś piękna, a twoje rozstępy są seksowne”. „No co ty, przecież wydałeś dobrą książkę. Przynajmniej ja tam uważam”. Poeci z tego rodzaju mają jeszcze łatwiej: zasłaniają się jeszcze większą niszowością działań, wierszem, „który się nie sprzedaje”, czytelnikiem, który unika wierszy, bo się ich boi jako niezrozumiałych, a przecież mającym w życiu wystarczająco dużo nierozwiązanych i nierozwiązywalnych problemów.

Można trafić na podręcznikowych narcyzów. Nie przyjmują krytyki negatywnej tekstów, ale tylko dlatego, że odbierają ją personalnie, a przecież fizycznie, psychicznie, duchowo i metaforycznie są odbiciem doskonałości. Twórczość jest w tym przypadku jedynie dopełnieniem osoby i osobowości piszącego.

Niemniej obrażają się równie łatwo, co pisarze totalni. Czyli autorzy utworów dopracowanych w najmniejszych szczegółach, często będących pokłosiem iluminacji, medytacji lub innych nadnaturalnych stanów, dostępnych jedynie nielicznym wybranym. Piszą często dlatego, że według nich na rynku (pojęcie to stosuję tutaj potocznie) nie ma książek, które sami chcieliby przeczytać. Więc swoimi uszczęśliwiają cały świat.

Wśród nich pojawiają się jeszcze samozwańczy klasycy. Pisarze na ogół w słusznym wieku (nie mylić z metryką – niektórzy do takiej samoświadomości potrzebują lat trzydziestu, inni sześćdziesięciu), z tak zwanym dorobkiem, liczonym ilościowo, nie jakościowo („Wydałeś dopiero dwie książki? Ja dwadzieścia pięć. O czym mamy rozmawiać?”). Doceniani w jakichś kręgach, często towarzyskich i bardzo lokalnych. Mający za sobą urwanego z choinki literaturoznawcę z tytułem naukowym, który – często koleżeńsko albo zwyczajnie przypadkowo – postanowił opiewać daną twórczość i na niej budować karierę naukową. Są zwykle bardzo zgorzkniali, sarkazmem maskują kompleksy związane z niedocenieniem i brakiem erekcji. A już najbardziej drażnią ich młodzi gniewni, bardziej utalentowani – tych zwykle próbują wytrącić z równowagi argumentami wieku i niemierzalnego w innych jednostkach doświadczenia.

Przeciwwagę dla powyższych stanowią pisarze mocno docenieni przez krytykę, zwłaszcza akademicką, a mało poczytni wśród tak zwanej mniej wykształconej i oczytanej gawiedzi. Oni, często na pokaz, gardzą mniej wyrobionym czytelnikiem, który i tak nic nie zrozumie z tego, co chcą przekazać, o ile kategoria przekazu ma dla nich jakieś znaczenie (zwykle nie ma). Aparat krytyczny działa na ich korzyść, mimo znikomej popularności i niskich nakładów książek (głównie poetyckich) stają w szranki o laury literackie (z najbardziej piedestałową Nike włącznie) z autorami bardziej rozpoznawalnymi. To im wystarcza, w końcu z nagród jest największa kasa, kiedy nie zarabia się na sprzedaży książki.

Wreszcie, niejako obok samozwańczych klasyków, ale w opozycji do nich sytuują się pisarze za życia niedocenieni. Wiek tutaj również nie gra znaczenia, chociaż zwykle ten syndrom pojawia się po czterdziestce tudzież po wydaniu trzech–czterech książek bez większego rozgłosu i docenienia, choćby w postaci recenzji na łamach niszowych pism literackich. Tacy pisarze robią dobrą minę do złej gry: od wygłaszania sądów w stylu: „To i tak na nic”, „nikt tego nie przeczyta”, „nie mam znajomości u krytyków”, „nie jestem z odpowiedniego miasta”, „po co ja to w ogóle robię?”, „to moja ostatnia książka, zmieniam branżę”, po marudzenie i jawną histerię: „to grupa trzymająca władzę”, „zamach”, „oni mnie, kurwa, nie lubią”, „nie spałem z nikim istotnym”, „nie mam nic do zaoferowania poza literaturą, to mnie olewają” itp., itd.

I jednak to nie koniec, bo zdarzają się pisarze zupełnie oderwani od rzeczywistości, trudni do zdiagnozowania (medycznie i humanistycznie). Zwykle nie uczestniczą w życiu literackim: odbębniają spotkania i festiwale, by jak najszybciej wylądować w hotelowym łóżku (własnym) lub samochodzie w drodze powrotnej do domu. Niezależnie od sukcesów i obranej formy terapii, zachowują się zwykle tak samo. Na krytykę reagują wzruszeniem ramion. I tak do nich niewiele dociera, również w kontekście pochwał. Niezależnie od jakości tekstów są w swojej naturze nudni. Pozbawieni plotek na swój temat, legendę mogą budować tylko na nieobecności i nieprzystępności, co w historii literatury zostało wyeksploatowane do cna.

I teraz cała zabawa polegałaby na tym, by powyższym typom przyporządkować nazwiska, najlepiej te z pierwszych stron literackich blogów i czasopism branżowych. Ale czy każdy mój wpis musi się kończyć utratą kilku realnych i wirtualnych znajomych w wyniku – mniej lub bardziej niesłusznego – obrażenia się na mnie jego bohaterów? W związku z powyższym uprasza się o poniższe: jeśli chcesz mieć pełny obraz, sam sobie wstaw nazwiska. Dla przeciętnego czytelnika literatury niepopularnej i niepopularnonaukowej nie powinno to stanowić problemu.

Rzecz się rozchodzi właśnie o wspomniane animozje, spowodowane podobnymi wpisami. Wpisami niejednokrotnie merytorycznymi, niepozbawionymi elementów sympatii bądź troski. O pisarza, redaktora, działacza, tekst, książkę, ośrodek kultury, ośrodek badawczy kultury, wreszcie literaturę sensu stricto. I to rozchodzi się kręgami, a te kręgi się spotykają, jakby – w rewanżu za „ataki personalne” (cudzysłów z premedytacją) – ktoś bez przerwy rzucał kamieniami. Co prawda nie bezpośrednio w „winowajcę” (cudzysłów jak wyżej), ale w jego otoczenie, by winowajca wiedział, że coś się dzieje.

Najpierw wiekuisty „Topos” i jego ramię zbrojne w postaci „Topoi”, z Przemysławem „moja noga nie postanie w Domu Literatury, dopóki on tam pracuje” Dakowiczem na czele. Nawet doszły mnie słuchy, że chcieli interweniować w sprawie publikacji tekstu o wkurwieniu w „eleWatorze” (panowie, ściany mają oczy i uszy i, niestety, nie ma to nic wspólnego z Bogiem, który nie istnieje, nawet w waszych tekstach). Tylko z jakiej racji? Że ich tytuł znalazł się na szerokiej liście, na której nie pominąłem również „Arterii”, w których działam, i swojej nieskromnej osoby? Że, z racji „ponad dwudziestu pięciu lat działania na rzecz kultury polskiej” (cytat z plotki; zainteresowani będą wiedzieli, o co chodzi) nie odróżniają ironii od oskarżeń, a bicia się w pierś w imieniu środowiska od ataku na oświeconych i uświęconych artystów? Jeśli chcecie być traktowani poważnie i niepomijani w krytycznoliterackich, ba, w zwykłych czytelniczych dyskusjach, odnajdźcie dystans, z którego łatwiej wam przyjdzie podejść do merytorycznej krytyki i ignorowania waszych książek w nominacjach do znaczących nagród literackich (nie biorę pod uwagę nagród ściśle prawicowych i religijnych bądź tych stworzonych przez was dla was, jak Orfeusz).

Potem mój ulubiony poeta, Krzysztof Jaworski. Tak dobry, jak przewrażliwiony na swoim punkcie. I co ja mogę poradzić, że w tym samym numerze „Arterii” [3(22)/2015] znalazły się wiersze Krzysztofa (bardzo dobre!) i wiersz Tomasza Bąka adresowany do Krzysztofa, gdzie w niewybrednych słowach rozlicza się z całym pokoleniem „Brulionu”? Młodość, ba, już wiersz sam w sobie ma swoje prawa, by walczyć i dopominać się o siebie, zgodnie z zasadą, że aby coś zbudować, trzeba zburzyć ruiny tego, co zostało, co zalega i blokuje ekspansje nowego. To – truizm – naturalna kolej rzeczy: młodzi poeci nie tylko śpią ze starszymi, ale również z nimi walczą, obalają ich. Potrzebują silnych punktów odniesienia, przeciwwagi dla swojej krucjaty. I pod tym względem Bąk ma prawo puszczać polemiki w nieskończoność, choćby równie dosadne. To – kolejny truizm – tylko wiersz. Jeśli wkurwił, to po prostu spełnił swoje zadanie. Dlaczego, Krzysztofie, bierzesz go do siebie i nie jesteś ponad, jak twoje wiersze, które są i sprawdzają się empirycznie i metaforycznie na przekór wszystkiemu, na najwyższych poziomach poetyckiego wtajemniczenia?

Reszta obraża się jeszcze bardziej niemo. Z powodów równie absurdalnych. I mało ode mnie zależnych.

Ponieważ nie jestem lewakiem, socjalnie roszczeniowym, ponieważ od zawsze uznaję prymat wolnego rynku i szanuję osiągnięcia gospodarki wolnorynkowej, mimo już kilkuletniej pracy w budżetówce. Ponieważ szanuję pieniądz i wymianę handlową na nim opartą.

Ponieważ jem mięso i kanapki z jajkiem, a także piję mleko, czyli dokonuję zbrodni na innych organizmach żywych, a nie spotyka mnie zasłużona kara. I śmieję się z Vegan Terror, bez specjalnych przesłanek polityczno-gospodarczo-filozoficzno-kulturalno-społecznych; po prostu, bez podtekstów.

Ponieważ poprawność polityczna to dla mnie termin bez sensownego i uzasadnionego pokrycia, który wymusza absurdalne lawirowanie pojęciowe, o światopoglądowym nie wspominając: zwyczajnie blokuje konstruktywną wymianę intelektualną na poziomie ostrożnych rozważań o możliwości rozmowy na temat akceptowanych przez wszystkie strony dyskusji teorii.

Ponieważ lubię seks i nie widzę problemu w związku z przedmiotowym, w tym kontekście, traktowaniem kobiet (zresztą one też nie widzą w tym problemu): dobry seks to taki, który daje iście zwierzęcą satysfakcję, bez prymatu podmiotowości, humanizmu, feminizmu czy innych niepraktycznych rozwiązań. Chodzi o – kolejny truizm – praktyczne podejście do rzeczywistości.

Dlatego sprawa, wbrew pozorom, jest śmiertelnie poważna. Każde kolejne nazwisko, niezależnie od kontekstu, w jakim je wykorzystam, może zasilić szeregi tak zwanych wrogów. I tu się koło zamyka, gdy mowa na przykład o poprawności politycznej i szczerości albo o konkretnych argumentach i dyplomacji w jednym. Nawet nie zdążę wyjaśnić wszystkich odcieni szarości, ironii i prześwitującej przez nią sympatii.

I mogę tak powtarzać i wymieniać w nieskończoność, a urażone dumy będą pęczniały z gniewu. Choć w wielu przypadkach nigdy nie dowiem się o tym wprost, ponieważ największą karą w tak zwanych środowiskach artystycznych jest przemilczanie i obojętność.

Receptą może być tylko wielokrotnie wspominany tutaj dystans, prawie niemożliwy do osiągnięcia – dla umysłów skażonych tworzeniem – luz i poczucie humoru, nie tylko w tekstach i innych dziełach, bo to najbardziej krzywdzące dla życzliwego czytelnika i krytyka, gdy autor najlepszych dowcipnych tekstów okazuje się gburem i bucem, w skrócie zwykłą mendą.

I zakończę w tym miejscu, bo znowu aż prosi się, by podać nazwiska, które w końcu mnie dorwą, by zrobić mi jakąś krzywdę. Znowu nie będzie rewolucji, a uchowają się tylko mocne gęby, z czego nie powstanie żadna alternatywa dla odwiecznego pata na tej bardzo wrażliwej na ruchy, a zwłaszcza bicie, planszy. Choćby zgrabna pupa.

Czytaj również