Apel ciemnogórski

Drukuj

Od wieków nic się nie zmienia. Jeżeli Polacy angażują się w spór, zacietrzewiają się i radykalizują na swoich stanowiskach. Nawet jeśli sprawa jest mało ogólnopolska. Literacka. Więc niszowa. Tymczasem od wieków wiadomo, że margines ma siłę przebicia jedynie wtedy, gdy potrafi się zjednoczyć i zorganizować wokół idei pozytywnej. Niech wybrzmi kolejne kazanie na dole.

Pewne wybory nie zostaną powtórzone, niezależnie od nastrojów społecznych i zaostrzających się konfliktów, dotyczących coraz bardziej błahych elementów rzeczywistości, również tej wirtualnej. Czy w ogóle jakiekolwiek wybory można powtarzać? To prawdopodobne chyba tylko w demokracji, która naraża się na niewiarygodność, podważając funkcjonowanie swoich najistotniejszych mechanizmów i narzędzi kontroli. Jeżeli już społeczeństwo, jako ogół obywateli czy specjalnie wyselekcjonowana grupa lub kapituła, dostąpiło zaszczytu wyboru przy uwzględnieniu powszechnie znanych i szanowanych zasad, jakim prawem odbierać słuszność tym wyborom i ich wynik odsądzać od czci i wiary? Owszem, merytoryczna krytyka wybierających i wybranych jest jak najbardziej wskazana. To żyzny grunt pod funkcjonowanie jakichkolwiek ciał wybierających i wybieranych. Ale żeby od razu przekreślać wszystko? Tworzyć nowe kody do rzeczywistości? Jedyny kod, jaki działa, to kod genetyczny, o ile nie gramy wirtualnie (ale o tym kiedy indziej). I ten kod tylko przekazuje obiektywne informacje, nie uprawnia do wyciągania daleko idących subiektywnych wniosków w związku z podziałami i wyborami.

Pewne wybory okażą się zdecydowanie mniej istotne, niż to się obecnie wydaje. Historia jest brutalna, często niesprawiedliwa, ale wbrew pozorom uwzględnia wiarygodne w danym czasie hierarchie wartości i siły oddziaływania. To nie Rosja czy Jemen. Jednak liczą się fakty, nie ich wersje papierowe i interpretacje. Kaczyńscy, Tuskowie, Rymkiewiczowie, Dakowiczowie i Janowie Pawłowie II, pilnujcie swojego miejsca w szeregu, bo może się okazać, że znowu wylądujecie w grupie wyparcia, z prezydentem Ugandy, ojcem duchowym Wyspy Wielkanocnej i wieszczem Wysp Owczych.

Pewne wybory nie mają sensu, nie tylko z powyższego powodu. Dobre życie polega więc nie na dobrym wybieraniu, ale na unikaniu nieistotnych wyborów, niewyolbrzymianiu ledwie istniejących i ulotnych problemów. Wiem, że i tak będę tracił czas, ale przecież wtedy – zamiast dodatkowo tracić nerwy, dobre samopoczucie i pozytywną energię – mogę się po prostu dobrze bawić.

Pewne wybory mają konsekwencje tu i teraz, i nigdy więcej. To działa jak rozwód. Po mniej więcej trzech latach nawet najbardziej zagorzali zwolennicy danego związku (i nierozerwalnych związków w ogóle, ad maiorem Dei gloriam) zaczynają rozumieć kolejną skończoność (kadencyjność) w ich życiu. To bardzo zdrowe, w ten sposób stopniowo dojrzewa się do podejmowania poważnych wyborów. I do śmierci.

Pewne wybory będą się odbijały czkawką. Jest na nie czas i miejsce, jednak zdolność przewidywania przeciętnego Polaka ogranicza się do najbliższych okolic własnego nosa, z uwzględnieniem czasu posiłków i snu, o ile nie pojawi się dobry powód, by pić całą noc. Gorzej, pewnych związków przyczynowo-skutkowych nie dostrzeże nawet z perspektywy czasu, w marnej i przewidywalnej, jednowątkowej fabule własnego życia. I nie będzie to jedynie wina pochopności stosowania nadużyć i innych środków marnie dopingujących.

Pewne wybory czemuś zapobiegną. Nawet jeśli wciąż będziemy wybierać między mniejszym a większym złem, nie zauważając innych odcieni rzeczywistości politycznej, literackiej i każdej innej. Przy powyżej piętnowanych ograniczeniach percepcji, słynnej polskiej krótkowzroczności (sprywatyzować, uwolnić, kanonizować, opodatkować; gospodarka, w skrócie, suko), nie ma co nawet powoływać się na intuicję, katolicki czy ludowy zabobonizm. Działa wybiórczo i ma bardzo indywidualne skutki. Ale, paradoksalnie, świat jest tak skonstruowany, że niepodzielnie rządzi nim przypadek. Impuls. Już od Wielkiego Wybuchu. Może na tej podstawie Polacy pieszczą się ze sobą jako z Narodem Wybranym?

Pewne wybory, wreszcie, coś zaprzepaszczą, coś zniszczą albo zniekształcą na wieki. Ale, przy ich wielowątkowej i wielopłaszczyznowej nieuchronności, czy powinniśmy się właśnie tym przejmować najbardziej? Czy nie lepiej działać i wybierać tak, by uniknąć rozwiązań ostatecznych? Częściej oswajać się z życiem, a nie z jego wypaczoną przez skrajności i inne ideologie wersją demonstracyjną?

Co tymczasem robią Polacy? Stawiają opór. Na szczęście coraz częściej bierny. (Przy czynnym pod koniec 2015 roku byłoby nas około trzech milionów). A więc organizują manifestacje. I piszą petycje. To taka odmiana dobrych chęci, którymi wybrukowane jest pewne ciemne miejsce. I owszem, jak to bywa z brukiem na świecie i poza światem, można się o niego potknąć, jednak, jak to bywa z potknięciami w powyższych okolicznościach przyrody słabo ożywionej, na dłuższą metę po takim wypadku pozostaje jedynie niechęć do podobnych nierównych powierzchni oraz niesmak po ewentualnej kontuzji i – jak się nadprogramowo może okazać – towarzyskich powikłaniach. Chociaż sprawa jest błaha (i nie napiszę do bólu, bo nawet w przypadku wcześniej wspomnianych potknięć dyskomfort jest na tyle drobny, że nie zasługuje na podobną martyrologię pojęciową), może cię pozbawić kilku kolegów i wystawić kilku przyjaciół na próbę, której nie sprostają: z wygodnictwa, ze strachu czy z braku charakteru.

Ale o tym już w następnych odcinkach, w nowym, lepszym roku. Lepszym, bo jego jakość zależy wyłącznie od ciebie, nie od polityków, pisarzy, tak zwanych literackich działaczy i narzucających swoje chore wizje blogerów z niebożej łaski. Na wieki wieków.

Czytaj również